Otwarta 12 – tradycyjna drukarnia typograficzna wobec rynkowych realiów.
W niewielkiej pracowni na Otwartej 12 we Wrocławiu dzieją się rzeczy warte opowiedzenia. Pod tym adresem od pięciu lat działa Drukarnia. Z Maciejem Zarańskim, założycielem i prezesem Fundacji Klub Innowatora, rozmawiamy o przedsiębiorczości w trzecim sektorze oraz o determinacji, jakiej wymaga utrzymanie w realiach rynkowych działalności opartej na tradycyjnym rzemiośle. Przede wszystkim jednak, jest to opowieść o wielkiej pasji i unikalnych jakościach, którymi Maciej zaraził już między innymi ponad stu czterdziestu studentów, odbywających w tym miejscu praktyki. Opowieść o wymagającej czasu i uwagi sztuce druku, która być może zaprowadzi Was na Otwartą, gdzie możecie zamówić absolutnie unikalne akcydensy – i znacznie więcej!
Sztuka Fundraisingu: Obserwuję Cię na przestrzeni ostatnich pięciu lat i mam wrażenie, że to co robisz, wymaga wielkiej determinacji. Zanim jednak porozmawiamy o tym, jakie zmiany są niezbędne, żeby podmioty takie jak Drukarnia mogły dobrze funkcjonować, chciałam zapytać Cię o początki. Skąd u Ciebie taka pasja i decyzja, żeby w pewnym momencie w diametralny sposób zmienić swoje życie i zająć się tego rodzaju niszową działalnością?
Maciej Zarański: Moja fundacja obecnie zajmuje się szeroko pojętą poligrafią i edukacją w tym obszarze – poligrafię rozumiem tutaj poprzez zrobienie wszystkiego od początku do końca. Od wymyślenia czegoś, co można wydrukować: plakatu, książki, aż do ich sprzedaży. Fundacja ma swoje początki w czasie, kiedy pracowałem na Uniwersytecie Przyrodniczym jako asystent prorektora ds. rozwoju. W pierwszym roku pracy zostałem wysłany na WSB NLU w Nowym Sączu, na studia podyplomowe związane z innowacyjnym zarządzaniem badaniami naukowymi. Więc jak widzisz, była to jeszcze daleka droga do średniowiecznej techniki druku (śmiech). Niemniej, był to początek tej drogi. Napisałem wtedy pracę dyplomową, w której opisałem trzy opcje zarządzania innowacjami dla mojej uczelni. Po pierwsze pisałem o tym, że uczelnie na pewne stanowiska powinny zatrudniać menedżerów, a nie pracowników naukowych i że korzystne byłoby włączenie w program studiów na uczelniach biznesowych tematyki związanej z zarządzaniem badaniami naukowymi. Drugą propozycją było uruchomienie spółek uczelnianych, które pozwoliłyby przekuwać badania w praktyczne produkty czy rozwiązania usługowe. Trzecią propozycją było stworzenie systemu nazwanego przeze mnie Złotym Trójkątem Innowacji. Ten trójkąt tworzą uczelnie wyższe (czyli wiedza), jednostki samorządu terytorialnego (problemy do rozwiązania) i biznes (ewentualny sponsoring lub również problem do rozwiązania). A w środku tego trójkąta – praca nad optymalnym rozwiązaniem. Koncepcja ta opierała się na budowaniu interdyscyplinarnych zespołów międzyuczelnianych. Otrzymałem za ten model dwie nagrody za innowacje w konkursie Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Aby móc go w praktyce realizować, powołałem Klub Innowatora, który na początku był bardziej ruchem niż organizacją. W międzyczasie, pracowałem nad dużym, międzyuczelnianym projektem związanym z dronami. Chciałem przy tym powołać interdyscyplinarne koło międzyuczelniane – na pierwsze spotkanie przyszło aż 130 studentów. Napotkałem jednak duże problemy formalne, pomysł został odrzucony przez dział prawny, ponieważ nie miałem tytułu naukowego – i odesłano mnie do założenia NGOsa. W ten sposób powołałem do życia fundację. Zaczęliśmy realizować projekty w moim rodzinnym mieście, Nowej Rudzie, gdzie prowadziliśmy konsorcjum pn. Modelowy Region do spraw Transferu Wiedzy i Innowacji, w ramach którego studenci mieli rozwiązywać wraz z uczniami tamtejszych szkół ponadpodstawowych, konkretne problemy w tamtym rejonie. Chodziło o to, żeby studentów “wrzucić” na poligon rzeczywistości. Przedstawianie przez nich koncepcji miało formułę przetargu i za zwycięskie koncepcje gmina przyznawała pieniądze dla ich twórców. Takie rozwiązanie niestety nie uzyskało większej aprobaty na uczelni.
SF: Z tego co mówisz, od samego początku przyświecała Ci intencja, aby wiedza generowana na uczelni mogła żyć, być wykorzystywana w praktyce. Ale w jaki sposób doszedłeś z tamtego miejsca do druku? Domyślam się, że Twoje korzenie w Nowej Rudzie, która ma bogate tradycje drukarskie, nie jest tu przypadkowe?
MZ: Faktycznie, ukończyłem szkołę poligraficzną w Nowej Rudzie, która ma bardzo duże tradycje w tym obszarze, bo była to pierwsza szkoła poligraficzna w powojennej Polsce. Nie zdawałem sobie sprawy z rangi i prestiżu mojej szkoły, dopóki nie przejąłem Drukarni i nie zacząłem się spotykać ze starymi zecerami i drukarzami. Opowiadali oni między innymi o tym, że była to prawdziwa kuźnia fachowców, którzy już w czasie praktyk w trzecim roku nauki, praktycznie byli gotowi do pracy. Było tak dzięki temu, że mieliśmy w szkole kompletnie wyposażoną drukarnię, tak naprawdę całe wydawnictwo. Program nauczania zakładał trzy dni nauki praktycznej i dwa dni teoretycznej. Pracowaliśmy na prawdziwych zamówieniach, to nie były rzeczy robione do szuflady, tylko druki realizowane dla prawdziwych klientów. To mi się bardzo podobało. Niestety, teraz ta edukacja rzemieślnicza i w ogóle zawodowa, została zupełnie zdekompletowana.
Po szkole nie pracowałem ani dnia w zawodzie. Podejmowałem takie próby, ale zaraz dostawałem inną, bardziej atrakcyjną pracę. Oczywiście zawsze tliło się we mnie marzenie posiadania choćby jednej maszyny drukarskiej. Kiedy wiedziałem już, że nie będę pracować dłużej na uczelni, szukałem czegoś nowego, co mnie rozwinie. Otrzymałem wtedy ofertę kupna właśnie maszyny drukarskiej z likwidowanego zakładu “Typodruk” przy Otwartej. Na drugi dzień kupiłem wszystkie maszyny i rozpocząłem rozmowy z miastem na temat zachowania tego dziedzictwa techniki. Nie mogłem pozwolić na zniknięcie takiego miejsca, za to mogłem je przy okazji wykorzystać do sprawdzenia mojego modelu. Odpowiedzieć sobie na pytanie, czy tak samo dobrze sprawdzi się w zupełnie innej dziedzinie i pracy ze studentami z zupełnie innych kierunków. Model i Drukarnia zdały egzamin. W dodatku po kilku miesiącach okazało się, że na Otwartej 12 znajdował się pierwszy, prywatny zakład poligraficzny w powojennym Wrocławiu.
SF: Od początku więc realizujesz swoją ideę na bardzo wielu poziomach, to nie tylko powrót do pewnych jakości, ale nawet samo miejsce jest wybrane celowo.
MZ: Ja raczej bym powiedział, że to miejsce mnie wybrało, a nie odwrotnie (śmiech). Kiedy zobaczyłem lokal okazało się, że jest szansa na to, aby go przejąć na fundację w trybie bezprzetargowym. Pozwalało to na uniknięcie procedur przetargowych, w czasie których tak ważne miejsce mogło zostać przejęte i zamienić się w bar, lombard albo ciuchlandię. Od samego początku bardzo ważne było zapewnienie finansowania dla tego przedsięwzięcia. Zrobiłem oczywiście research na temat drukarni typograficznych w Polsce i na świecie. Mówiąc o drukarni typograficznej, mam na myśli drukarnię w której pracują osoby wykwalifikowane, używające określonej technologii. W tamtym czasie takich miejsc znalazłem dwa, traktowały one jednak typografię jako poboczne zajęcie. Nie było to głównym elementem ich pracy, drukowały okazyjnie numeratory czy wizytówki. Trochę więcej, trzy lub cztery, było pracowni letterpressowych, czyli takich miejsc gdzie artyści lub pasjonaci druku kupują małe maszyny i przy pomocy form fotopolimerowych, rzadziej czcionek, drukują akcydensy, czyli zaproszenia vouchery i tego typu drobne rzeczy. Na zachodzie druk typograficzny jest techniką ekskluzywną. Osoby, które prowadzą takie zakłady naprawdę mogą się z tego utrzymać. Duża część robi to hobbystycznie, ale poznałem wiele osób, które naprawdę mają pełne ręce pracy. Dostałem nawet swojego czasu propozycję, aby przeprowadzić się do San Francisco i pracować tam w drukarni. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, że nic z tego nie wyszło (śmiech).
Perspektywa była więc taka, że można zarobić na tym pieniądze i że dzięki tym pieniądzom fundacja może funkcjonować, czyli utrzymać się, tworzyć inwestycje, zatrudniać, stać się sprawnie działającym podmiotem ekonomii społecznej. Do tego Wrocław, miasto literatury UNESCO, wydawał się do tego idealnym miejscem. Myślałem, że jeżeli w takim miejscu otworzy się drukarnia, gdzie można napić się kawy, zanurzając się w bukiecie zapachów prosto z czasów Gutenberga, to będzie to miejsce rozchwytywane. Niestety, rzeczywistość to nie amerykański film, a Wrocław to nie Hollywood. Nie udało mi się skutecznie zainteresować miasta naszą ofertą. Jedynym stałym klientem w strukturach miejskich jest Wrocławskie Centrum Rozwoju Społecznego, dla którego drukuję raz w roku kartki pocztowe z linorytu.
SF: Domyślam się, że wystartowałeś inwestując własny kapitał? Jak bardzo różni się rzeczywistość od tego, jak planowałeś rozwijać tę działalność finansowo?
MZ: Do tej pory wciąż jeszcze używam słowa inwestycja – zainwestowałem w fundację około 140 tysięcy złotych przez ostatnie pięć lat. Wyobrażałem sobie, że będzie to przedsiębiorstwo, które ma inne cele niż tylko generowanie zysku. Jeśli ten zysk jest generowany, powinien być on przeznaczany na cele statutowe. Często zdarza się niestety, że w rozmowach z przedstawicielami samorządu jestem namawiany wręcz do zaprzestania działalności komercyjnej, sugeruje mi się nieczytelność takiej sytuacji i odsyła do tego, że mogę korzystać ze środków publicznych. Nie mieści mi się to w głowie, jaka jest w tym logika. W końcu nie chcę otrzymywać grantów a jedynie godne warunki, w których mogę niezależnie, wraz z młodzieżą, prowadzić projekty przynoszące zyski reinwestowane w kolejne projekty.
SF: To jest częsty problem, że organizacje pozarządowe nie są zachęcane do przedsiębiorczości. Strona publiczna nie jest gotowa na organizacje prowadzące działalność gospodarczą?
MZ: Otwierając Drukarnię pod fundacją miałem nadzieję, że będę mógł się w uczciwy sposób z tego utrzymać i jednocześnie prowadzić szeroką działalność edukacyjną, we Wrocławiu i w całym regionie. Natomiast zyski, które do tej pory wypracowałem z działalności komercyjnej, ledwo wystarczały aby przynajmniej wyjść na zero. Stąd te 140 tysięcy, z czego część była przeznaczona na remont, a reszta na bieżące opłaty. Nie mogłem skorzystać z czynszu na żadnych preferencyjnych zasadach, ze względu na kawiarnię, którą od początku chciałem w tym miejscu prowadzić. Płaciłem około 1800 złotych dzierżawy, po jakimś czasie, po rozmowach z urzędem miejskim, udało się zawrzeć porozumienie i zmniejszyć tę kwotę o połowę. Wtedy plany pokrzyżowała mi trochę pandemia Covid-19. W pierwszych tygodniach lockdownu drukowaliśmy nawet plakaty i naklejki dla lokalnej społeczności. Za darmo. Pandemia nie zatrzymała podstawowej działalności, czyli praktyk i staży studenckich w Drukarni. W ciągu ostatnich pięciu lat takie praktyki odbyło u mnie już ponad 140 osób. Uczelnie są na tyle zadowolone, że ta współpraca się rozwija, zostałem nawet zaproszony do Społecznej Rady Programowej przy Uniwersytecie SWPS. Udało mi się też uzyskać dofinansowanie z tej uczelni na poczet prowadzonych u mnie praktyk. Drugim ważnym partnerem jest Uniwersytet Wrocławski. Tutaj jednak nie ma możliwości podjęcia takiej finansowej współpracy. Uważam, że byłoby to dobre narzędzie, gdyby była możliwość finansowania przez uczelnie publiczne takich praktyk i staży. Mogłoby to mieć korzystny wpływ na ich jakość.
Sztuka Fundraisingu: Jest to przykład pomysłu na rozwiązanie systemowe, które mogłoby wspierać podmioty ekonomii społecznej. Co jeszcze musiałoby się zmienić, żebyś prowadząc tego rodzaju niszową działalność, mógł sprawnie funkcjonować? Jest to przecież ważna dla dziedzictwa kulturowego działalność misyjna, dajesz starym technikom zupełnie nowe życie.
MZ: Drukarnia, być może małe i niepozorne miejsce na Nadodrzu, jest doskonale znana w przestrzeni globalnej. Jestem doceniany przez międzynarodową społeczność drukarską. Otrzymałem też stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ramach którego przeprowadziłem cykl wywiadów z zecerami i drukarzami na temat nieformalnych struktur w drukarniach. W 2019 roku, Andrew Doliński po krótkiej wizycie na Otwartej 12, był pod tak dużym wrażeniem, że podarował mi i na własny koszt przesłał ponad tonową maszynę do odlewania ruchomych czcionek. Moje działania są więc doceniane na zewnątrz. Dzięki stypendium mogłem odwiedzić więcej takich miejsc, związanych z historią typografii i mogę Ci o nich opowiedzieć. Najbliższe z nich jest w Cieszynie, gdzie dwa lata temu miasto zorganizowało dofinansowanie w wysokości półtora miliona złotych, dzięki któremu Muzeum Drukarstwa zostało przeprowadzone w zupełnie nową przestrzeń. Jest to miejsce prowadzone przez maszynistów i zecerów. Drugim takim miejscem jest Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi, z którym jestem zaprzyjaźniony. Z kolei w Supraślu działa Muzeum Drukarstwa i Papiernictwa, dofinansowane przez dużą, prywatną drukarnię. W Grębocinie działa Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa, prowadzone przez osobę zajmująca się renowacją zabytków i samo muzeum mieści się w średniowiecznym kościele. Posiada duże, ciekawe zbiory. W Warszawie Muzeum Drukarstwa jest finansowane przez miasto. I oczywiście Dom Słowa w Lublinie, które jest komórką miejską. Co jest znamienne, w większości z tych miejsc nie jest zatrudniony ani jeden drukarz ani zecer. Robert Sawa z Domu Słowa jest na tym tle wyjątkową osobą, ponieważ jest on rzeźbiarzem i tak naprawde rzeźbi czcionkami. Układa z nich naprawdę piękne rzeczy, ale jak sam przyznaje, nie podjąłby się przedruku książki.
SF: Stworzyłeś unikalną sytuację pod wieloma względami, nie tylko techniki i formy, ale też Twojej własnej odpowiedzialności za to w sensie formuły prawnej.
MZ: Przyznam, że dopiero przy okazji takich rozmów dociera to do mnie. Na co dzień priorytet mają bieżące wyzwania, związane z zapewnieniem przetrwania drukarni. Dopiero w czasie takich retrospekcji wychodzi na to, że faktycznie stworzyłem unikalną rzecz. Nie jest to stricte muzeum, chociaż sama sztuka drukarska ma charakter muzealny. Jest to prawdziwa, funkcjonująca na rynku drukarnia, w której zatrudniony jest drukarz z uprawnieniami. A jednocześnie jest to miejsce rozwoju dla pisarzy i self publisherów, którzy starają się wychodzić z przysłowiowej szuflady. Realizujemy dla tych osób inicjatywy takie jak Storygedon, czyli wspólne pisanie i wydawanie książki w przeciągu weekendu, czy też Targi Książki Niezależnej i Artystycznej NISZA, które są jedną z nielicznych imprez dla self publisherów w Polsce. Jest to też miejsce z własną, żywą społecznością, która lubi tu zaglądać, wpaść na kawę. Trzeba też podkreślić, że atmosferę Drukarni w dużej mierze tworzą studenci podczas praktyk, gdzie uczą się współpracy od podstaw. Zaczynając od sprzątania drukarni – każdej osobie, która przychodzi porozmawiać o praktykach tłumaczę, że zacznie po prostu od sprzątania. Wszyscy żyjemy tu razem na 70 m2 i musimy sobie wzajemnie ułatwiać pracę.
SF: 72 m2, kilkanaście osób i maszyny (śmiech).
MZ: Maszyny, papier, różne drobne sprzęty i goście którzy tu przychodzą. Jest to miejsce, które żyje. Dziś na przykład przyszło sześciu praktykantów, w tym jeden z za granicy. Informatyk, dla którego wydawałoby się, że w takim miejscu nie będzie ciekawej pracy. Okazuje się jednak, że też potrafi swoją wiedzę włożyć tu jako cegiełkę, tak aby Drukarnia lepiej funkcjonowała. Odnajdują się tu studenci bardzo różnych kierunków. Podstawowym moim zadaniem w Drukarni, w kontekście pracy z praktykantami, jest nauczenie ich współpracy. Nie tylko tego, jak zrobić burzę mózgów, ale też delegowania siebie i innych do wykonywania zadań. Pomagania sobie nawzajem, wspierania się. Móc potem widzieć efekt tego, to jest niesamowite. Po każdym takim projekcie studenci są bardzo zadowoleni.
SF: To wypełnienie ludźmi ma chyba duże znaczenie dla tego, że drukarnia nadal funkcjonuje pomimo problemów?
MZ: To akurat niestety jest możliwe dzięki moim nieustannym inwestycjom, od bieżących opłat po zakup papieru, kiedy tylko brakuje funduszy.
SF: Rozumiem, wróćmy więc do pytania o rozwiązania, które mogłyby poprawić Twoją sytuację. Na pewno mogłaby to być klauzula społeczna do zamówień publicznych. Co jeszcze?
MZ: Dostawałem takie sygnały od miasta, że samorządowi zależy na tym, aby NGOsy mogły się samofinansować. W 2017 roku zostałem zaproszony przez Biuro Rozwoju Gospodarczego Wrocławia na wyjazd studyjny do Turynu i Mediolanu, aby zobaczyć w jaki sposób funkcjonują tam organizacje, wdrażające w swojej praktyce innowacje społeczne. Po jednym z wykładów zostałem zapytany o to, czy znalazłem tam jakieś inspiracje. Właściwie z założenia nie było tam rzeczy, których sam bym nie robił, ale na pewno pozbyłem się dzięki temu kompleksów. Różnicą pomiędzy sytuacją we Włoszech a Wrocławiu, jest system wspierania tego typu inicjatyw. Gdybym mógł mieć zapewnione takie warunki jak tam, od razu mogę realizować co najmniej dwa duże projekty, które tkwią w “zamrażarce”, gotowe do wdrożenia. Jakie tam przedstawiano warunki dla innowacji społecznych? Podpisana umowa na trzydzieści lat, użyczenie bezpłatne lokalu i dodatkowo wydzielona część, przeznaczona pod wynajem, z którego zyski zasilały by działalność statutową na rzecz lokalnej społeczności. Okazało się to, przynajmniej w tamtym momencie, niemożliwe (śmiech). Co znamienne, byłem zobowiązany do zorganizowania konferencji po tej wizycie. Przygotowałem na tę okazję w Drukarni poczęstunek, własnoręcznie upiekłem ciasto. A ze względu na fakt, iż miała być mowa o samofinansowaniu się, ogłosiłem, że ciasto jest za darmo, ale za kawę czy herbatę trzeba zapłacić. Muszę powiedzieć, że nie spotkało się to z dobrym przyjęciem. Dosłownie tylko jedna z zaproszonych osób kupiła kawę…
Odpowiadając na pytanie, co mogłoby mi pomóc spokojnie funkcjonować, to jestem w stu procentach przekonany, że pierwszą rzeczą, którą należałoby zrobić, jest zmiana nastawienia urzędników do NGO-sów, które zajmują się ekonomią społeczną. Takie organizacje powinny być wspierane za cenę tego, że wychodzi się z utartych ścieżek. Wychodzi się poza pudełko uchwał, tworzy się szybkie ścieżki dla rozwiązywania konkretnych sytuacji. Tego moim zdaniem brakuje. Brakuje też zrozumienia dla samej sztuki drukarskiej. A przecież wynalezienie druku jest równie ważne dla rozwoju naszej cywilizacji, co wynalezienie koła.
W rozmowach z samorządem powraca pytanie, czy fundacje prowadzące działalność gospodarczą są konkurencją dla przedsiębiorstw. Ze względu na prowadzoną szeroką misyjną działalność statutową, uważam że traktowanie nas w takich kategoriach jest dużą pomyłką. Mam coraz częściej wrażenie, że jestem karany za to, że chcę żeby fundacja była samodzielna finansowo, nie polegała na publicznych dotacjach. Tymczasem wciąż sugeruje mi się, że prowadzona przez fundację działalność gospodarcza jest kłopotem i lepiej gdybym z niej zrezygnował i opierał się na dostępnych funduszach publicznych. Wciąż muszę tłumaczyć, że nie chcę otrzymywać żadnych pieniędzy, potrzebne mi są natomiast preferencyjne warunki chociażby w zakresie korzystania z lokalu, ponieważ nie chcę płacić dodatkowo za promocję miasta, którą niewątpliwie swoją działalnością wspieram. Takie preferencyjne rozwiązania dla ekonomii społecznej są już praktykowane w niektórych miastach, na przykład w Gdańsku.
SF: Dlaczego w takim razie nie przeprowadzisz się do Gdańska? (śmiech)
MZ: Tak na poważnie, to myślę o Turcji. Pomimo różnych kłopotów, które tam się teraz dzieją, tam ludzie kupują nadal książki, szanują rękodzieło. Tam nadal chodzi się na bazar, żeby kupić garnek. No i mój model wzbudził duże zainteresowanie, więc jest sens aby w tym roku rozpocząć z turecką stroną rozmowy nad powstaniem zagranicznego oddziału fundacji.
SF: Czy to jest tak, że coś już bezpowrotnie straciliśmy? Przestaliśmy doceniać?
MZ: Myślę, że zachłysnęliśmy się za bardzo zachodem i tanimi rzeczami. Teraz wszystko zależy od ceny. Denerwuje mnie, kiedy na przykład znajomi wracają z zagranicznych wojaży, przywożą sobie ceramikę lub tradycyjne tekstylia i zachwycają się: jak tam wszystko żyje, jakie cudowne są te małe zakładziki, gdzie można wejść, gdzie ktoś siedzi przy krosnach, lepi garnek. Nie tak jak w Polsce. Zadaję wtedy proste pytanie: a kiedy ostatnio kupiłeś coś u polskiego rzemieślnika? Uszyłeś coś, naprawiłeś coś sobie? Takich miejsc jeszcze trochę jest, ale zauważam też coraz większą tendencję do wypierania tradycyjnych rzemieślników, takich często z pokolenia na pokolenie, przez młodych hobbystów. Tradycyjni rzemieślnicy nie są przygotowani na taką konkurencję, sprawniejszą marketingowo, choć często o słabszym warsztacie. Prawdziwe rzemiosło wymaga czasu, praktyki. Tymczasem młodzi ludzie rzadko chcą się tego w taki sposób uczyć, wchodzić w relację mistrz – uczeń. Takie amatorskie praktyki wypierają powoli stare rzemiosło.
SF: Na koniec zapytam jeszcze, o czym skrycie marzy drukarz z Otwartej? (śmiech).
MZ: Marzę, żeby mój nowy projekt Ejsmond, nad którym obecnie pracuję, zyskał uznanie i żeby się szybko sprzedał. Żeby okazało się, że na rynku w Polsce jest miejsce na takie ekskluzywne wydawnictwo książek. Chcę po prostu móc spokojnie drukować książki, prowadzić nadal praktyki ze studentami. Ale też chciałbym wrócić do pisania książek, na które w tej chwili w ogóle już nie mam czasu. Nie mam na to przestrzeni, kiedy muszę się martwić o to, z czego zapłacę czynsz. Takie widzisz, bardzo proste rzeczy.
JEŚLI CHCECIE DOWIEDZIEĆ SIĘ WIĘCEJ NA TEMAT DRUKARNI, ZAJRZYJCIE TUTAJ:
Strona internetowa otwarta12.pl
FB @otwarta12
ZACHĘCAM WAS TEŻ DO WSPIERANIA DRUKARNI NA PORTALU PATRONITE.PL :
Wspieraj Drukarnię