Ekonomia cyrkularna w instytucjach kultury. Kiedy ma sens? Zawsze!
W publikacji “Zielona instytucja kultury” Joanna Tabaka opisuje trzy poziomy stawania się instytucją realizującą politykę zrównoważonego rozwoju. Wewnętrzny – związany z zarządzaniem zasobami. Programowy uwzględnianie edukacji ekologicznej w naszej ofercie. Zewnętrzny – czyli podejmowane współprace i odpowiedzialne dobieranie partnerów. Wszystkie one mają bezpośrednie przełożenie na nasze finanse. Jak w praktyce wdrożyć zasady ekonomii cyrkularnej i dlaczego warto to robić? Które działania w instytucji najbardziej przyczyniają się do marnowania zasobów? Czy instytucja kultury może stać się ofiarą greenwashingu? Podczas naszej rozmowy padło wiele podobnych pytań i jeszcze więcej odpowiedzi. Zapraszamy!
Sztuka Fundraisingu: Ekologia i ekonomia to w rzeczywistości nierozłączne zagadnienia. Obalasz wiele mitów dotyczących tego, że nie trzeba mieć od razu ogromnego budżetu, żeby być ekologicznym, a jednocześnie duży nacisk kładziesz na odpowiedzialne zarządzanie własnymi zasobami, w tym ekologię cyrkularną, co przekłada się na nasze finanse. Krótko mówiąc, bycie “zieloną” instytucją kultury po prostu się opłaca. Ale jak się do tego przygotować?
Joanna Tabaka: Zacznijmy od tego, że zielone tematy w instytucjach często pojawiają się oddolnie. Jeśli jesteśmy dyrektorem lub dyrektorką instytucji, warto je po prostu legitymizować, bo często właśnie z tym jest problem. Istotne jest też wyznaczenie osób odpowiedzialnych za ten proces, inaczej jest ryzyko, że odpowiedzialność się rozmyje. Ważna jest demokratyzacja procesu bo tym, z czym często będziemy musieli się zmierzyć jest opór pracowników, a każda zmiana go wywołuje Zaczęłabym przede wszystkim od audytu, który pokaże nam, w jakim punkcie jesteśmy – bez tego nie będziemy mogli mierzyć efektów wprowadzonych praktyk. Jeśli podejmujemy jakieś działanie i nie widzimy jego efektów, jest to demotywujące. Możemy zaprosić zewnętrznych audytorów, ale moim zdaniem wiele rzeczy możemy sami kontrolować. Monitorowanie mediów (prąd, woda, gaz), liczby zużytych worków na śmieci, poziom zużycia wody czy środków czystości, ilość zużytych ryz papieru, cyfrowy ślad węglowy strony www instytucji – takie rzeczy możemy wyliczyć samodzielnie.
SF: Wyobrażam sobie, że w sytuacji kiedy to my jesteśmy osobą w instytucji kultury, która chce przekonać do tego dyrekcję, która niekoniecznie w naszym poczuciu zrozumie nas na poziomie idei, to ten argument finansowy może okazać się kluczowy?
JT: Tak, to są bardzo konkretne liczby. Ale tak jak z każdym nowym tematem, zawsze są trudności, dopóki on się nie “oswoi”. Tak samo jest z ekologią. Jest to nowy obszar w instytucjach kultury, choć tylko pozornie, bo instytucje dużo już w tym zakresie robią. Niestety, zbyt rzadko się tym dzielą i jest to częste zaniedbanie w kontekście tego typu działań. Wracając do meritum, po pierwsze więc musimy znaleźć sojuszników. Następnie zmapować jakie są największe potrzeby, dosłownie kilka punktów, które można zrealizować w ciągu następnego roku i pójść z tym do dyrekcji. Można też zaprosić mnie (śmiech) lub innego lokalnego eksperta czy ekspertkę. Organizuję w tym zakresie dwudniowe szkolenia, połączone ze spacerem badawczym, których efektem jest raport z konkretnymi rekomendacjami.
W trakcie tych warsztatów przechodzimy przez wszystkie aspekty oszczędzania zasobów i tego, co instytucja może w tym zakresie zrobić. Jak projektować działania w taki sposób, aby były niskoemisyjne – a przede wszystkim, jak zmienić w ogóle myślenie o projektowaniu oferty. Jesteśmy tak przywiązani do pewnych rzeczy, że trudno nam wyjść poza to przysłowiowe pudełko i realizować zadania w zupełnie inny sposób, nie marnując zasobów. Dobrą praktyką jest zmienianie sposobu projektowania wydarzeń z pojedynczych realizacji na cykle, rezygnowanie z modelu fast culture – fastproject. W przypadku powracających cykli, pozwala to ograniczać nakłady na promocję, czasem też na materiały czy narzędzia.
Kiedy szukamy alternatyw, to znakomicie uruchamia się naszą kreatywność, wzbogaca nasz program. Chodzenie po utartych ścieżkach bardzo nas ogranicza. Było takie węgierskie badanie – Adrei Tabi, które wykazało że nie ważne czy znasz się na praktykach ekologicznych, jesteś najczęściej tak samo śmiecącym człowiekiem jak ten, który się nie zna. Wszystko zależy od poziomu finansów. Dlatego to właśnie najbogatsze kraje są największymi “śmieciuchami”. Im bogatsza instytucja, tym ma większą szkodliwość środowiskową, choć paradoksalnie też może zrobić najwięcej dobrego.
Tutaj warto powiedzieć o gadżetach. Gadżety nie mają sensu! Kupowanie bawełnianych toreb nie jest ekologiczne, poniewaz ich całkowity koszt klimatyczny (wyhodowanie bawełny, uszycie, transport, przechowywanie, sprzedaż itd.) jest bardzo wysoki. Aby był porównywalny z kosztem wytworzenia pojedynczej zrywki, taką torbę należałoby użyć 7100 razy! Tą z bawełny ekologicznej 20 tys. razy! A każdy z nas ma już kilka takich toreb w domu… więcej na ten temat TUTAJ.
Lepiej komunikować: dajemy wam czyste powietrzem, czystą wodę. Gadżet jako doświadczenie, jako umiejętność – to jest coś, o czym powinniśmy myśleć. Zastanawiam się też nad zrobieniem rewolty w instytucjach kultury (śmiech) i wystosowaniem apelu o przejście na umowy i dokumenty online. To znowu oznacza olbrzymie oszczędności papieru czy środków przeznaczanych na wysyłkę dokumentów, a także czasu.
Mapowanie zasobów jest kluczowe na etapie przygotowawczym. Inwentaryzacja magazynów, składzików, to ważna rzecz na początek. Cenną zasadą jest bazowanie na rzeczach, które już mamy, zamiast nabywanie nowych. Ostatnio czytałam w magazynie Teatr artykuł na temat scenografii w teatrach, gdzie między innymi wspominano o tym, że w niemieckich teatrach jest obowiązek przejrzenia garderoby i dobierania w pierwszej kolejności tego, co już jest.
SF: W ubiegłym roku BWA Wrocław realizowało projekt, do którego artyści wykorzystali plakaty i inne materiały promocyjne, które zalegały niewykorzystane w ich magazynach.
JT: Jako była specjalistka od PR mogę potwierdzić, że w tym obszarze dochodzi do absolutnego marnotrawstwa. Bardzo często te materiały są źle zaprojektowane, nieczytelne, powielają treści. Są kolorowe, na błyszczącym papierze – jednorazowe śmieci. Na szczęście coraz więcej instytucji to rozumie. Przytaczam często wizytę w Muzeum Narodowym w Warszawie – przeszłam się wokół muzeum i to, co głównie znalazłam w okolicy, to wyrzucone ulotki i bilety. Jednorazowa rzecz. Wiele instytucji zrozumiało to w trakcie pandemii i zaczęło odchodzić od papierowych materiałów. W konkursach miejskich w Warszawie brak drukowania jest premiowany. Wykazanie dbałości o środowisku w przygotowaniu projektu podwyższa ocenę wniosku. Ulotki można zastąpić na przykład tworzeniem kalendariów na stronach internetowych i jako 2-3 duże plakaty w przestrzeni i przed instytucją. Jest to prosty zabieg i nie rozumiem, dlaczego tylko teatry mają rozpiski repertuarowe. Domy kultury powinny mieć przede wszystkim rozpiski repertuarowe. Osobiście w ogóle zrezygnowałabym z aktualności, na rzecz takich rozpisek. Wasi widzowie przede wszystkim chcą się dowiedzieć co i kiedy u was się dzieje. Oszczędność na tego typu materiałacvh w skali roku jest to coś, co już daje się zauważyć.
SF: Konkretne kwoty, które mogą przemówić do nawet największych sceptyków.
JT: Tutaj pojawia się oczywiście pytanie, w jaki sposób promować wydarzenia alternatywnie. Po pierwsze więc kalendarium. Korzystanie z kredy i tworzenie takich tablic na ścianie. Można mieć tutaj wątpliwości co do osób starszych, jak o nie zadbać. Ja polecam drukowanie mniejszej ilości uproszczonej wersji materiałów dla tej grupy, drukowanie na życzenie. Albo wizytówki instytucji – zawierające dane, o której i gdzie można zadzwonić lub przyjść i uzyskać informacje. Korzystanie z tego, co się ma, też oznacza dużą oszczędność. Na przykład w przestrzeni muzeów – nie budowanie kolejnych ścianek, a zamiast tego oddzielenie ekspozycji tkaniną z recyklingu. Tak było na przykład w Zachęcie – tam wprawdzie była to nowa tkanina, ale przerobiono ją później na ubrania, które sprzedano. Wszystko jest tak naprawdę kwestią naszej własnej kreatywności i skrupulatności. Jeżeli chodzi o gospodarność w instytucjach, w moim odczuciu nie jest dobrze. Bardzo dużo rzeczy się marnuje.
Ważna też jest rozmowa z pracownikami, inspirowanie do mniejszego zużywania zasobów. Wtedy nawet nie chodzi o ekologię, chodzi o zmianę nawyków, a to najtrudniejsza rzecz. Pomocnym rozwiązaniem może być wprowadzenie takiej konstrukcji przestrzeni, która sprzyja tym nawykom. Na przykład: światło lub woda w kranie na fotokomórkę. Dużo trudniej jest z grzejnikami, a przecież zużycie energii na ogrzewanie i chłodzenie to największy koszt. Co można zrobić? Nie zostawianie grzejników odkręconych na weekend, zasłanianie po zmroku okien, żeby tracić jak najmniej ciepła, nie zastawanie grzejników meblami, stosowanie ekranów odbijających ciepło od ściany za grzejnikiem. Oddzielenie przestrzeni drzwiami, żeby ciepło się nie rozpraszało. Wietrzenie przy zakręconych kaloryferach, intensywne a nie przez cały dzień. Klimatyzacja – marzenie wielu instytucji, jest bardzo kosztownym rozwiązaniem. Wydajniejsze i mniej energochłonne są wiatraki lub wentylacja grawitacyjna, która wspomaga wymianę powietrza w pomieszczeniu. Alternatywą jest też malowanie fasady na biało, tworzenie zielonych ścian czy dachów poprzez zapuszczanie roślinności pnącej. Są różne metody na niwelowanie wysp ciepła.
Dobrą okazją do wprowadzenia tego typu rozwiązań są modernizacje budynków. Tutaj będzie można korzystać z różnych środków unijnych, przeznaczonych na działania infrastrukturalne. Nie mówiąc już o budowaniu nowych budynków, czego jestem przeciwniczką. Oczywiście, nie zawsze da się tego uniknąć, ale jeśli już budować, warto skorzystać na przykład z materiałów z drugiej ręki. Teatr Zagłębia w Sosnowcu, który jest fantastycznym przykładem działań pro ekologicznych, buduje właśnie nowe skrzydło, gdzie 20% będzie zbudowane z materiałów pochodzących z recyklingu. A przecież produkcja betonu jest wyjątkowo szkodliwa, a to nie jedyny koszt środowiskowy nowo budowanych przestrzeni.
SF: Podsumowując, zanim zaczniemy realizować “zielony” program, najpierw powinniśmy zadbać o własne praktyki. Wyobrażam sobie sytuację, kiedy entuzjastycznie zaczynamy realizację proekologicznych warsztatów, a możemy być przyłapani na tym, że nasze własne praktyki nie są ekologiczne.
JT: Jest to klasyka gatunku! Nie mówiąc już o tym, że tego typu działania w instytucjach mają często znamiona greenwashingu, zużywają zasoby generując odpady. Przykład: robienie warsztatów upcyklingowych, w ramach których powstają przedmioty, które i tak będą wyrzucone do śmieci. W dodatku nie będą nadawały się do recyklingu, bo jest to na przykład plastik połączony klejem. Znam też przypadek firmy animacyjnej, która kupowała specjalnie plastikowe, nowe butelki, żeby zrobić z nich coś na zajęciach. To chciałabym podkreślić: warsztatom upcyklingowym w instytucjach mówię stanowcze nie! Podkładki pod napoje? To naprawdę nie jest rzecz pierwszej potrzeby. Naprawianie ubrań, cerowanie, spruwanie swetrów i robienie z tego nowych, ale potrzebnych rzeczy. Szycie woreczków na warzywa, które później możemy oddać do lokalnego warzywniaka. To jest coś!
Klasycznym przykładem popularnego niby – eko działania jest malowanie drzewek na kartce papieru. A przecież jedna kartka papieru to aż 10 litrów wody. Do tego papier podrożał w tym roku dwukrotnie – i będzie drożał. Dlaczego marnujemy w taki sposób zasoby? Tu pojawia się argument, że to się dzieciom podoba. Dzieciom wiele rzeczy się podoba, mogą bawić się bardziej naturalnymi materiałami, wszystko zależy od tego, jak do tego podejdziemy. A trzeba pamiętać, że w przyszłości to one będą mierzyć się z brakiem zasobów, które my w ten sposób marnujemy. Staram się tego nie oceniać, wynika to głównie z braku wiedzy, ale trzeba mówić o tym, że można inaczej.
SF: Wszystko wymaga najpierw przemyślenia.
JT: I edukacji! Ale ta wiedza już jest, w mojej publikacji – ale nie tylko! Jest masa blogów, artykułów, książek, jest tego coraz więcej. Jest cała masa bardzo dobrych książek dla dzieci o tematyce ekologicznej. Sama je czytam (śmiech). Dla dorosłych brakuje dobrych książek pisanych językiem nie naukowym. Są różne wartościowe serie, warto sprowadzać je do naszych bibliotek. Dobrym pomysłem może być regularny czytelniczy klub dziecięcy o tematyce ekologicznej i czytanie tych książek – i na pewno będzie to miało lepszy efekt niż malowanie drzewek, kwiatów, czy zwierzątek na kartce papieru…
Ostatnio w instytucji, która miała edukować między innymi w tym zakresie, widziałam zajęcia polegające na uczeniu się o drzewach nie podczas spaceru po parku czy lesie, ale na zerwanych gałęziach… Naprawdę, warto to dobrze przemyśleć. Przede wszystkim, trzeba odróżnić edukację przyrodniczą od edukacji ekologicznej. To, że się nauczymy nazwy drzew nie spowoduje, że nie będziemy kupować plastiku czy zaczniemy zakręcać wodę w kranie. Oczywiście, ważne jest zaszczepienie miłości do przyrody, jak choćby tego, że nie karmi się ptaków chlebem.
SF: Zacznijmy od tego, co już mamy. Zróbmy audyt.
JT: Można działać jednocześnie na wielu poziomach. Kiedy realizujemy działania edukacyjne, w trakcie takich działań sami też uczymy się, co się dobrze sprawdza, a co się nie sprawdza. Osoba z naszej instytucji, której zlecimy takie działania, też być może zrobi przy tej okazji research, nauczy się czegoś. Kolejnym krokiem może być sprawdzenie, czy można coś pożyczyć, pozyskać od naszej publiczności. Każdy przyjdzie na spektakl, w którym gra płaszcz jego mamy, albo kredens babci (śmiech).
Ważnym zagadnieniem jest też korzystanie z lokalnych zasobów. Oznacza to na przykład, że kiedy organizujemy wydarzenie, nie zawsze musi do nas przyjechać ekspert czy artysta z Wielkiej Brytanii. Obecnie muzea międzynarodowe coraz częściej kompletując elementy na wystawę, biorą pod uwagę co jest bliżej do zdobycia. Pojawia się tu drażliwa kwestia, jak daleko kurator może pójść na kompromis, mając na względzie ekonomię czy ekologię. Coś, co kiedyś byłoby nie do pomyślenia. A coraz częściej będzie to konieczność. I tutaj pojawia się wątek użyczania już wymyślonych projektów. Jeśli zespół jest gdzieś w trasie po Europie, to opłaca mu się po drodze odwiedzić więcej miejsc, niż każdorazowo wylatywać np. z Stanów Zjednoczonych, a to na koncert w Pradze, a to w Warszawie.
Coraz popularniejszy staje się też model, w którym trzy lub cztery muzea zrzucają się na wystawę, która przyjeżdża i wędruje po tych instytucjach, co wychodzi taniej, a dodatkowo więcej osób może tę wystawę zobaczyć.
Kolejna rzecz to cateringi. Ostatnio na prowadzone przeze mnie warsztaty jedna dziewczyna przyniosła dzikie czereśnie, które rosły u niej pod domem. Kupowanie prostych, roślinnych rzeczy to też jest oszczędność. Nabiał, wędliny, mięso – są droższe i oczywiście mają wyższy koszt środowiskowy. Catering też może być bardziej zrównoważony. Boimy się, że ludzie będą niezadowoleni z kuchni roślinnej? Pamiętajmy, że proponujemy jedzenie za darmo, nie musimy się naginać. Warto natomiast inspirować do nowej kuchni, pokazywać nowe smaki. Ważne też jest kupowanie przemyślanej ilości rzeczy, a nadmiar rozdać potrzebującym.
SF: Kiedy umawiałyśmy się na wywiad wspomniałaś, że bycie zieloną instytucją może oznaczać dostęp do nowych funduszy, ale też że będzie to coraz częściej premiowane w różnych konkursach. Jak się pewnie domyślasz, zaintrygował mnie ten temat (śmiech).
JT: Przykładem jest choćby Urząd Miasta Warszawa, który na etapie ogłoszeń konkursowych nie pozwala na zakup wody w plastiku. Tak, będzie to coraz częściej premiowane: przemyślenie tego, żeby wydarzenie było zrównoważone, żeby nie generowało śmieci, uwzględniało rekompensatę środowiskową. Sama widzę, że odkąd żyję w bardziej zrównoważony sposób, zużywam nawet połowę mniej zasobów, a zatem o połowę mniej za nie płacę – pomyśl więc, jak to się przekłada w skali instytucji czy projektu. Inną rzeczą jest sposób wykorzystania dotacji. Jestem zwolenniczką tego, żeby raczej zwracać niewykorztstane środki, niż w ostatniej chwili robić pochopne zakupy. Zazwyczaj kupuje się wtedy hurtowo materiały. A można by było wykorzystać te środki w inny sposób. Jednak zanim tak uelastycznią się procedury finansowania projektów, trochę czasu musi minąć.
SF: A gdzie szukać zielonych źródeł finansowania?
JT: Niedawno powstała wyszukiwarka dedykowana eko dotacjom. Warto też zarejestrować się w generatorze wniosków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska – tam często pojawiają się pieniądze na edukację ekologiczną. Warto sprawdzać też wydziały środowiska w naszej gminie czy mieście. Oczywiście tutaj trzeba wymienić też większe fundusze infrastrukturalne, jak dofinansowania na panele czy pompy ciepła. Ekologia jest też obszarem dofinansowanym z funduszy norweskich. Ja na przykład swoją publikację sfinansowałam w ramach stypendium MKiDNu Już widać, że ewidentnie jest to temat coraz częściej preferowany. Tych dotacji jest bardzo dużo i wciąż pojawiają się nowe. Coraz więcej jest dotacji dla szkół i warto nawiązywać takie współprace, bo tam edukacji ekologicznej brakuje, jest to bardzo chłonny obszar.
SF: Tutaj warto poruszyć wątek współpracy zewnętrznych. Jest wiele firm, potencjalnych parterów, które mają na sztandarach wypisaną zieloną politykę, co otwiera przed nami nowe możliwości współpracy. Ale jak tych partnerów mądrze wybierać, żeby nie paść ofiarą greenwashingu?
JT: Tutaj przykładem mogą być coraz liczniejsze fundacje korporacyjne. Powiem tak, najlepiej jest działać zgodnie ze swoim sumieniem. Zawsze warto sprawdzić, na ile dana firma działa na rzecz środowiska. Ostatnio duża firma produkująca kosmetyki i chemię postanowiła przeznaczyć 100 tysięcy złotych na edukację ekologiczną do rozdysponowania przez organizacje pozarządowe. Jest to firma, która wyjątkowo śmieci i chcąc przyczynić się do ochrony środowiska powinna raczej wdrażać politykę nalewania do wielorazowych pojemników czy lokalnego systemu dystrybucji. Mogłaby zrobić wiele innych rzeczy, zamiast wydawać 100 tysięcy, które na marginesie stanowią jakiś promil jej budżetu na działania edukacyjne, Oczywiście znalazło się wielu entuzjastów korzystania z tych środków, dzięki czemu zrealizowano szereg działań polegających znowu najczęściej na… malowaniu lasu na kartce (śmiech). Zupełnie bez sensu wydane pieniądze, nic nie zmieniają.
Ustalmy przede wszystkim, ze instytucje kultury cieszą się dużym zaufaniem społecznym i publicznym i to jest zasób bardzo atrakcyjny dla firm, które chcą sobie “domalować kwiatki”. Moim zdaniem, nie warto brać tych pieniędzy. Nie tylko ze względów ekologicznych, ale też etycznych. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, nie rób tego. Przykładem jest Tate Modern, które po 27 latach zrezygnowało ze współpracy z BP. To nie jest takie proste w małych społecznościach, gdzie liczy się każdy przysłowiowy grosz. Jednak zawsze, kiedy mamy wybór, wybierajmy te firmy, które oferują zrównoważone produkty lub usługi.
SF: Nasza odpowiedzialność jako instytucji kultury powinna się przejawiać również w tym, z kim wchodzimy we współpracę? Taki komunikat też może mieć wartość edukacyjną?
JT: Ze wszystkiego możemy zrobić edukację. Najlepszą edukacją ekologiczną jest nasza własna postawa, inspirująco – nie pouczająco.
JEŚLI ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT, KONIECZNIE ZAJRZYJ TUTAJ:
Joanna Tabaka strona www
Zielona instytucja kultury FB
Zielona instytucja kultury publikacja