POTEM-O-TEM. Zaglądamy za kulisy jednego z nielicznych teatrów działających w pełni bez publicznych dotacji.
Historia teatru POTEM-O-TEM to opowieść o cenie niezależności i o przekuwaniu niedostatków w największy atut. Czy można robić w Polsce teatr na poziomie, nie dostając grosza publicznych dotacji? A nawet jeżeli można, to czy warto? O tym, jak akcyjne działania przemieniały się z biegiem lat w coraz bardziej przemyślaną strategię rozmawiałam z Filipem Kosiorem i Marcinem Zbyszyńskim, spiritus movens tego przedsięwzięcia.
Sztuka Fundraisingu: Jeden z nielicznych zupełnie niezależnych teatrów w Polsce – takie hasło można znaleźć na Waszej stronie. Niezależność od środków publicznych macie na sztandarach (śmiech). Jesteście jednocześnie grupą osób pochłoniętych pracą twórczą, która jest przecież absorbująca. Skąd pomysł na prowadzenie własnego teatru w takiej właśnie formule?
Filip Kosior: Co do hasła na sztandarach… Jako że nie jestem zwolennikiem tworzenia mitów na ten temat, przyznam że nasz niezależny model działania wynikł z tego, że na początku po prostu inaczej nie umieliśmy. Wszystko zaczęło się w garażu, ludzie przychodzili na spektakle i wrzucali “co łaska”. Z czasem nabrało to większej struktury i opierało się przede wszystkim na naszych prywatnych inwestycjach w nowe premiery. Do tej pory cała struktura jest w dużej mierze oparta na naszym wkładzie, który w przyszłości ma się zwrócić. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby tak było.
Marcin Zbyszyński: Jest to trochę kwestia szczęścia, tego że pięć lat temu spotkaliśmy się jako grupa w szkole. Tak się stało, że właściwie od początku wylądowaliśmy w tym garażu, który brzmi jak wyjęty z biografii Billa Gatesa, a tak naprawdę była to po prostu galeria ojca jednej z aktorek, w której mogliśmy grać. Od początku więc działaliśmy poza jakąkolwiek instytucją, w miejscu które nie było teatrem, nie miało nigdy wcześniej takiego zastosowania i nie było w żaden sposób miejskie czy państwowe. Zaczęliśmy tam sami tworzyć teatr od podstaw. I znowu szczęśliwie się złożyło, że na spektakl przyszedł ktoś, kto powiedział: “a mamy takie miejsce, mieszkanie – i moglibyście w tym mieszkaniu zrobić spektakl, bo ono i tak stoi puste”. W ten sposób, po raz kolejny pozainstytucjonalnie, zrobiliśmy spektakl w prywatnym mieszkaniu. I tak ten model zafunkcjonował, zaczęło to działać, a nam zaczęła się podobać swoboda, która z tego wynikała. Podobało się to też ludziom, że nie do końca wygląda to jak teatr, że jest to trochę inne miejsce – i za tym poszliśmy.
FK: Postanowiliśmy, że ten oddolny, niezależny charakter stanie się naszym wyróżnikiem, czymś na czym będziemy budować tę tzw. markę, czym będziemy się wyróżniać spośród innych propozycji teatralnych na mapie Warszawy i czym będziemy się starali przyciągnąć ludzi.
MZ: Krótko mówiąc, jest to sposób na to żeby funkcjonować i jednocześnie mieć szansę konkurować z instytucjami, otrzymującymi gigantyczne granty na poziomie promocji, produkcji, realizacji. My gramy tą niezależnością i tym, że jest to trochę coś innego niż teatr. Robiliśmy spektakle w autokarze i w pałacu pod Warszawą i trochę jest tak, że ludzie wiedzieli, że nie jest to typowy teatr, co usprawiedliwiało brak stu reflektorów, wielkich efektów specjalnych itd.
FK: Klasyczne przekuwanie niedostatków w zaletę (śmiech).
SF: Wszyscy udzielacie się jednocześnie w tradycyjnych teatrach, angażujecie się w różne inne projekty – czego takiego brakuje Wam w tych instytucjonalnych sytuacjach?
FK: Pewnie mogą tu paść bardzo różne odpowiedzi, gdybyśmy zapytali całego zespołu, ale myślę że taką najbardziej wspólną jest to, że w naszej formule robimy tylko to, co chcemy. Wszelkie uzależnienie, będąc aktorem czy reżyserem – od dyrekcji, czy to będąc nawet dyrektorem – od wyższych instancji, powoduje często frustrację, wynikającą z brania udziału w projektach, w których nie do końca chce się brać udział. Wykonuje się wtedy tylko swój zawód, a niekoniecznie daje to radość i satysfakcję. Nie pobierając żadnych środków publicznych, jesteśmy zupełnie od tego wolni.
MZ: Na ten poziom wolności artystycznej, jaki mieliśmy od początku i mamy teraz, trzeba normalnie czekać pewnie ze dwie dekady – zanim się ma aż taką wolność, że przychodzisz do teatru i robisz co tylko chcesz. W teatrze instytucjonalnym zresztą nigdy tak do końca nie ma, zawsze jest dyrekcja i pewien profil czy program teatru, do którego twórcy się dostosowują. Nawet jeśli nie ma to żadnych politycznych inklinacji, to jest na przykład motyw “dramaturgia polska romantyczna” dla teatru w danym roku i nie ma takiej pełnej wolności.
FK: Nie jest też tak, że nigdy nie złożyliśmy żadnego wniosku o dotację. Po prostu nigdy żadnej nie dostaliśmy (śmiech). A jednak wciąż funkcjonujemy i ludzie przychodzą do nas, często z większym frekwencyjnym powodzeniem, niż powiedzmy w małych ośrodkach kultury, które te dofinansowania dostają. Szczerze przyznam, że we dwójkę jak tu siedzimy, nie umiemy pisać wniosków o dofinansowanie i zawsze brakuje nam na to czasu. To też jest jeden z powodów, dla których ich nie składamy – wolimy tę energię przekierować w działanie, a nie zastanawianie się, co tam mamy napisać, żeby uzyskać grant.
MZ: Poza tym że źle piszemy wnioski (śmiech), fakt że nie dostajemy dotacji mówi też trochę o tym, czego nam brakuje lub – na szczęście nam brakuje, żeby wnioski przechodziły. Nie wpisujemy się do końca w żaden program, staramy się też być zupełnie osobni jako propozycja artystyczna. Tworzenie niezależnie pozwala na budowanie czegoś zupełnie swojego. Ładując energię w granty, w spektakle które mają się spodobać w Biurze Kultury, w pewien sposób podświadomie nakierowujesz się na estetykę, która będzie bardziej się wpasowywać, a my w ogóle się nad tym nie zastanawiamy.
FK: Mamy też poczucie, że w instytucjach, które przyjmują wnioski, nikt nie traktuje nas poważnie. Jesteśmy gdzieś pomiędzy grupą kolegów, a instytucją. A nie jesteśmy ani instytucją, ani do końca grupą kolegów. Być może też nie mamy renomy w Biurze Kultury czy Ministerstwie, która pozwala uwierzyć, że “oni dadzą radę”.
MZ: Wydaje mi się też, że każdy kto kiedyś składał wniosek na spektakl teatralny, ma świadomość, że na podstawie tego, co się w nim napisało, nie można stwierdzić czy ten spektakl będzie dobry, czy niedobry. Nie ma tam przestrzeni, żeby to udowodnić. W jaki sposób na kilka miesięcy przed premierą zagwarantować, że ta premiera będzie udana? Wiadomo, że nie da się inaczej tych pieniędzy przyznać, niż w oparciu o dane, w tym doświadczenie grantowe. Jest to dla mnie w zupełności zrozumiałe: przychodzi jakiś no name i nagle pojawiają się problemy. A zresztą teraz już trochę jest tak, że chcemy udowodnić sobie i innym, że da się tak działać i robić to bez grantów. Jest to oczywiście trudne, ale granty też są trudne.
SF: Działacie jako stowarzyszenie – czy tworzycie je wszyscy, czyli cała stała ekipa teatru?
FK: Tak, właściwie tak, kiedy ktoś dołącza do teatru, najczęściej dołącza od razu do stowarzyszenia.
SF: Kiedy Was słucham odnoszę wrażenie, że rozmawiam z głównymi mecenasami tego przedsięwzięcia?
MZ: Wolimy sformułowanie prezesi (śmiech).
FK: Podkreśliłem nasz własny wkład po to, żeby nie wyszło tak, że wszystko nam się wyłącznie udaje i jest aż tak super. Opiera się to częściowo na naszych pieniądzach. Prawdopodobnie teraz, gdybyśmy anulowali cały ten wkład, który z założenia jest do zwrotu, to moglibyśmy działać z większym rozmachem. Ale potrzebujemy mieć to poczucie, że to się kiedyś zwróci.
MZ: Wiadomo, że jeżeli ktoś decyduje się na robienie teatru samemu od podstaw, tak jak my, nie mając jeszcze wyrobionych nazwisk, musi się liczyć z tym, że minie co najmniej kilka lat, zanim to się zacznie jakkolwiek bilansować budżetowo.
FK: Jak wszyscy wiemy, teatr nie jest zajęciem mocno dochodowym, można jedynie utrzymywać się na powierzchni. Przynajmniej w takiej sytuacji, kiedy finansujemy się z pieniędzy, które wpływają do nas niemal wyłącznie z biletów.
SF: Pytam, ponieważ na Waszym profilu na Patronite.pl dużo piszecie o kosztach stałych, ale to konto zbiórkowe uruchomiliście raptem kilka miesięcy temu, a działacie od sześciu lat. Zastanowiło mnie, jak funkcjonowaliście wcześniej? Rozumiem, że pewnie unikacie wszelkich kosztów, których możecie uniknąć, ale jednak jakieś niezbędne koszty trzeba ponieść. Wspominacie też tam o honorariach.
FK: Oczywiście płacimy ludziom honoraria, natomiast nie są to jeszcze pieniądze adekwatne do włożonej pracy. Cała nasza działalność opiera się więc przede wszystkim na dobrej woli ludzi i chęci robienia tego. Wierzymy, że z czasem będzie to nabierało coraz większej wartości również materialnej.
SF: Jest to rodzaj wspólnej inwestycji?
MZ: Dokładnie tak. My jesteśmy być możemy tymi, którzy włożyli największy kapitał, natomiast każdy kto jest w POTEM-O-TEM wkłada tu swoją pracę, w tym częściowo taką, za którą nie pobiera wynagrodzenia, więc na swój sposób każda osoba z naszego teatru jest jednocześnie jego mecenasem. Ważne jest też to, że działamy od sześciu lat, a stowarzyszeniem jesteśmy dopiero od trzech. Wcześniej wszystko odbywało się zupełnie nieformalnie, trochę jak grupa ludzi grających na ulicy. Dopiero od trzech lat sprzedajemy bilety na spektakle w ramach działalności odpłatnej. Dlatego też ten Patronite pojawił się trochę później, do tego zresztą zmobilizowała nas pandemia. Nie mogliśmy grać, w związku z tym część działań przenieśliśmy do internetu, zwróciliśmy się też do naszych widzów o pomoc w utrzymaniu księgowości i innych tego typu kosztów, na które nie mieliśmy w tej sytuacji jak zarobić. Teraz jest to rzeczywiście wsparcie, które z nami zostało i się rozwija.
SF: Czy osoby, które wspierają Was na Patronite.pl to Wasza publiczność?
FK: Tak, w zasadzie wyłącznie. Tak też staramy się myśleć o naszych widzach, nie tylko tych którzy wspierają nas przez portal, ale w ogóle o ludziach którzy do nas przychodzą – jak o społeczności i bardzo dbamy o to, żeby czuli się częścią każdego wydarzenia, w którym uczestniczą. Nie tylko dlatego, że wierzymy, że tak powinien wyglądać teatr, ale też dlatego, żeby do nas wrócili. Chcemy kojarzyć się inaczej niż z wyjściem w garniturze do teatru, na coś co niekoniecznie jest interesujące.
SF: A czy macie poczucie, że to zwrócenie się w bezpośredni sposób do widzów i napisanie o tych wszystkich kosztach i trudnościach, zmieniło jakościowo Wasze relacje z nimi?
FK: Myślę, że tak. Nasi patroni bardziej niż przeciętny widz teatralny mają świadomość, ile teatr kosztuje i że to, że oni płacą za bilet 60 czy 100 złotych nie oznacza, że my po spektaklu idziemy do kasy i obsypujemy się gotówką. Jest to przecież kolosalna ilość czasu i ludzi, którzy tę pracę wykonują, co często widzowi teatralnemu umyka. Płaci 50 złotych w teatrze, który jest dotowany i nie ma świadomości tego, że państwo dopłaca do jego biletu każdorazowo 200 czy 250 złotych. Nasi widzowie wiedzą, co się składa na cenę biletu.
MZ: To jest też związane z tą niezależnością wypisaną “na sztandarach”. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, co to oznacza w praktyce, że my robimy ten teatr niezależnie. Ostatnio na premierze gościliśmy osobę ze środowiska teatralnego, która nie była w stanie uwierzyć, że nie mamy żadnych dotacji. Jest to w naszym środowisku poziom myślenia niemal zupełnie niespotykany.
FK: Tutaj przypomina mi się pewna anegdota. W jury pewnego konkursu, w którym braliśmy udział, zasiadał bardzo znany reżyser, dyrektor pewnego warszawskiego teatru. Przyjeżdżając na konkurs nie ukrywaliśmy, że prowadzimy własny teatr, mieliśmy ze sobą gadżety, które można było nabyć jako cegiełkę. I ten reżyser zachodził w głowę, dlaczego tak bardzo “komercyjnie” podchodzimy do naszej działalności. Tłumaczyliśmy więc, że tak działamy, że ludzie kupują bilety i z tego się utrzymujemy. Nie mamy żadnej dotacji, działamy za to, co sami zarobimy. “Nie rozumiem” – odpowiedział. “No, po prostu. To, ile zarobimy pieniędzy zależy od tego, ilu ludzi przyjdzie” – tłumaczymy. “Aaaaa, bo ja całe życie na dotacjach” – użył dokładnie takiego sformułowania, co nas bardzo rozbawiło.
SF: Wróćmy jeszcze do Patronite. Wasza zbiórka jest bardzo fajnie przygotowana, nagrody które ustawiliście pasują bardzo do charakteru tego, co robicie. Można powiedzieć, że Wasze konto jest trochę jak Wasze spektakle. Czy ktoś Wam pomagał, czy sami wpadliście na to, że to ma tak wyglądać?
FK: Nie stać nas, żeby nam ktoś pomógł (śmiech). Sami to wymyśliliśmy. Staramy się, żeby każde działanie, które tam robimy – akcje promocyjne itd. było spójne z tym, co robimy w teatrze, co ludzie dostaną przychodząc do nas na spektakl. Żeby nie czuli się rozczarowani po zobaczeniu spektaklu, bo oczekiwali czegoś innego.
MZ: Chodzi też o to, żeby ludzie którzy wspierają nas regularnie stali się jeszcze głębiej częścią POTEM-O-TEM niż publiczność, która po prostu przychodzi na spektakle. Stąd są takie nagrody, które pozwalają trochę wchodzić na backstage, spędzić z nami czas. Raz w roku odbywa się bal mecenasów, pierwszy taki bal odbył się we wrześniu, na początku sezonu. I to rzeczywiście było wydarzenie, gdzie mieliśmy wiele godzin na to, żeby wzajemnie się poznać, żebyśmy mogli ich później rozpoznać, kiedy przyjdą do teatru. Ten przeskok pomiędzy tym, że zna się tylko nazwisko z Patronite, a tym że wie się jak dana osoba wygląda, jest dość istotny. Na pewno kiedy zyskujemy mecenasa, to chcemy żeby został z nami na zawsze.
FK: Mamy pełną świadomość tego, że jakiejś tam granicy nie przekroczymy, większość naszych patronów wspiera nas na wyższą kwotę niż 5 czy 10 złotych, dlatego że są to ludzie naprawdę zaangażowani w życie teatru, bywają u nas fizycznie, czyli inaczej niż to jest na przykład przy podcastach. Nie pozwala nam to się opierać na malutkim, symbolicznym wsparciu tysiąca osób, tylko na większym wsparciu kilkudziesięciu osób.
SF: Podsumowując, aktualnie Wasze główne przychody to sprzedaż biletów na spektakle i Patronite. Ile spektakli w tym roku udało Wam się zagrać?
FK: Średnio gramy w okolicach 10 spektakli miesięcznie. Fizycznie więcej byłoby niemożliwe – sami montujemy, sami demontujemy spektakl, sami przewozimy scenografię. Nie jest to więc tylko przyjście do teatru i zagranie, ale też cała masa działań obok tego. Trzydniowy set spektakli oznacza dla nas realnie pięć dni pracy, plus działania promocyjne i organizacyjne.
SF: Czy współpracujecie z menedżerem lub fundraiserem?
FK: Nasza strategia rozwoju na ten rok jest taka, że wreszcie chcemy zatrudnić na stałe osobę, która będzie się tym zajmowała. Jest to plan od stycznia, w który wchodzimy inwestując. Jesteśmy w takim momencie, że możemy sobie na to pozwolić, jest to rozsądne rozwiązanie i zakładamy, że w ciągu roku powinno się zwrócić. Zaczynamy też tworzyć ofertę dla firm.
SF: Widziałam to na Waszej stronie w zakładce “oferta”. Czy to już działa?
MZ: Ta zakładka jest jeszcze w budowie (śmiech), ale odbyło się już pięć takich spektakli. Bardzo chcielibyśmy też grać dla szkół. Jesteśmy teatrem, który ma taką ambicję, żeby ściągać młodych ludzi do teatru, a okazuje się, że póki co nasza średnia wieku na widowni jest bliżej 40 niż 30. Mamy takie doświadczenia, że kiedy trafia do nas na spektakl grupa szkolna, są bardzo zadowoleni i też w sumie z myślą o tym najmłodszym pokoleniu robimy nasze spektakle.
FK: Można powiedzieć, że mamy taką misję, żeby przekonywać ludzi, że chodzenie do teatru jest spoko, że warto chodzić do teatru. Wydaje nam się, że duża grupa ludzi jest zrażona teatrem, czy to teatrem intelektualnym, czy konceptualnym, czy po prostu źle zrobionym i nudnym. Teatrem klasycznym i za starym lub komercyjnym i tanim.
SF: Na pewno można zaliczyć do tej grupy młodzież chodzącą na lektury (śmiech).
FK: No właśnie! Jak sobie wyobrażam trzynastolatka, który był raz w teatrze na “Balladynie” o 9:00 rano, w teatrze gdzie aktorzy dopiero co się obudzili i mają zadanie do wykonania w słabej inscenizacji i niekoniecznie z radością, to myślę że taka osoba może być zrażona na długie lata.
MZ: Jest to kolejny powód, dla którego robimy teatr niezależny. Sami jesteśmy sfrustrowani ofertą teatralną i robimy teatr dla ludzi, którzy nie przepadają za chodzeniem do teatru i trudno im znaleźć spektakl, który by im odpowiadał. Wiemy, że część z naszych widzów chodzi wyłącznie do nas. Właśnie na dniach rusza u nas akcja promocyjna, skierowana do ludzi którzy nie lubią chodzić do teatru, bo są zrażeni. Będziemy zachęcać, żeby przyjść do POTEM-O-TEM i dać teatrowi drugą szansę. Wyprodukowaliśmy 12 klipów, które mają trafić do tej grupy.
SF: Podsumowując, od takiego spontanicznego, garażowego wręcz działania, poprzez coraz bardziej rozwinięte, sformalizowane w postaci stowarzyszenia, doszliście do takiego momentu, że zaczęliście układać sobie strategię? Pytam, ponieważ użyliście przed chwilą słowa strategia – w tej strategii jest menedżer, w tej strategii jest oferta dla szkół, dla firm.
FK: Nie znamy się na zarządzaniu, robimy to wszystko intuicyjnie, podpatrując jak to działa gdzie indziej.
MZ: Teraz mi się przypomniało, że śniło mi się ostatnio, że poszedłem na studia na zarządzanie (śmiech). Ale tak serio, to myślę że słowo “strategia” w ostatnich miesiącach zaczęło się jednak u nas pojawiać.
SF: Można powiedzieć, że sprawa zrobiła tak poważna, że trzeba temu zapewnić jakieś ramy?
FK: Tak, takie w których wszyscy będą się czuli bezpiecznie i komfortowo, odpowiednio docenieni, a nam nie pęknie głowa od nadmiaru obowiązków.
MZ: Te przeskoki rozwojowe każdego kolejnego roku, kiedy na przykład wzrasta ilość tytułów granych regularnie z dwóch do siedmiu, jest to kolosalna różnica. Zwłaszcza, że my po tych spektaklach w przestrzeniach poza teatralnych, zaczęliśmy też działać w przestrzeniach teatralnych. Pierwszy taki spektakl to były “Lexusy”, dwa lata temu. Działamy też obecnie w teatrze SOHO. Oczywiście nie jest to tak, że nie będziemy już pracować poza teatrem.
SF: Czy z założenia skupiacie się wyłącznie na Warszawie?
FK: Bardzo chcielibyśmy jeździć po Polsce, ale jest to kolejna trudna rzecz. Potrzebna jest osoba, która będzie to organizować. Po rozmowach z osobami odpowiedzialnymi za finanse w instytucjach kultury odnoszę też wrażenie, że ponieważ nie jesteśmy teatrem komercyjnym, który być może nie zbierze pięciuset osób na widowni, znowu pojawia się problem, ile taki spektakl kosztuje. Wiem ile kosztuje wyjazd klasycznego teatru ze spektaklem dokądś i są to raczej kwoty sześciocyfrowe. I jeśli ktoś słyszy, tak jak w naszym przypadku, że jest to kwota kilkunastu tysięcy złotych dla musicalu, w którym gra sześciu aktorów, z muzyką na żywo, plus czwórka realizatorów – i słyszymy że to jest za dużo, to nie mamy już tutaj pola do rozmowy. To są przecież graniczne koszty tego spektaklu. Dlatego tak ważne jest, żeby mówić o tym, ile to kosztuje. Takim naszym marzeniem jest zagranie sześciu lub siedmiu spektakli w Warszawie, w normalnym trybie sprzedaży biletów, a drugie tyle miesięcznie na wyjeździe, dla zorganizowanych grup. Jest to idealny model, który pozwoliłby nam na spokojne funkcjonowanie.
SF: A czy osoba, którą planujecie zatrudnić, ma wdrożyć wszystko to, o czym opowiadacie? Czy będzie się zajmowała również rozwojem fundraisingu? Czy tworzenie mecenatu wokół Waszej działalności jest kierunkiem, w którym chcecie iść? Widzicie w tym przyszłość?
FK: Mam wrażenie, jakbyś słuchała naszej wczorajszej rozmowy, bo wczoraj się właśnie nad tym zastanawialiśmy. Musimy jeszcze określić precyzyjny zakres kompetencji i to, na czym najbardziej nam zależy, więc odpowiadając zupełnie uczciwie, jeszcze nie wiemy. Myślimy o tym, żeby rozwijać mecenat poza Patronite, pozyskiwać sponsorów. I myślimy o tym, żeby ta osoba rozwijała też działania wyjazdowe. Ale mamy też świadomość, że jest to duża ilość obowiązków dla jednej osoby.
MZ: Na pewno zmienia to znowu model działania, kiedy ktoś jest dzień w dzień w tym, a nie pół na pół. Liczymy na to, że to przyspieszy nasz rozwój.
SF: Czy jest jeszcze coś, o co Was nie zapytałam, a warto by było powiedzieć?
KF: Zrobiliśmy sobie tutaj przy okazji rewizję naszych celów i strategii (śmiech).
MZ: Chyba padło wszystko, co najważniejsze. A czy Ty znasz inne teatry, które działają tak jak my?
SF: Większość niezależnych teatrów, które znam, działa przynajmniej w jakiejś części z grantów.
MZ: Chyba tak jest, że wszystkie teatry niezależne, są zależne od grantów…
SF: Właśnie dlatego byłam prawie tak zdeterminowana, żeby o Was napisać, jak Wy prowadząc Wasz teatr (śmiech). Nie mam więcej pytań, chciałabym Wam na koniec życzyć, żeby mecenat i fundraising został w Waszych planach, bo budowanie kultury mecenatu wokół sztuki w Polsce to nasze wspólne, duże zadanie. Za mało jest mówienia o wartości kultury, wartości naszej pracy, złożoności tego, co robimy. Życzę Wam więc, żeby to zostało i żeby ta nowa osoba miała to w swoich zakresach. I żebyście nie anulowali tego, co wkładacie, tylko faktycznie sobie to kiedyś oddali, to jest ważne dla takiej higieny relacji.
FK: Apropos jeszcze finansowania czegoś z własnej kieszeni, nasze doświadczenia z instytucjami kultury nie są dobre. Zostaliśmy postawieni raz w takiej sytuacji, że ostatecznie musimy sobie coś sami sfinansować, bo nasz model działania nie mieścił się w ramach jednego wniosku i okazało się, że jednak nie możemy dostać pieniędzy.
MZ: Takich kłód pod nogi trochę było, ale też trzeba powiedzieć, że było dużo ludzi, którzy udostępniają nam na przykład pałac, w którym gramy za nieduże pieniądze.
FK: Takie osoby też są naszymi mecenasami. Dzięki nim możemy grać za bardzo korzystną stawkę, bo one wierzą w to, co robimy. To są tacy mecenasi “pełną gębą”, są filarem tego, że POTEM-O-TEM może działać.
JEŚLI ZAINTERESOWAŁA NAS DZIAŁALNOŚĆ POTEM-O-TEM, ZAJRZYJCIE KONIECZNIE TUTAJ:
ZACHĘCAM WAS TEŻ DO WSPIERANIA TEATRU NA PORTALU PATRONITE: