Logotyp programu KPO dla Kultury
Felieton

Ilu fundraiserów nam potrzeba?

Kiedy organizacja podejmuje decyzję, że chce rozwijać fundraising, bardzo często pierwszym krokiem jest zatrudnienie fundraisera. Osoby, która ma zająć się pozyskiwaniem nowych środków, budowaniem relacji z darczyńcami, rozmowami z biznesem, przygotowywaniem kampanii, komunikacją, wdrażaniem narzędzi i mierzeniem efektów. Lista oczekiwań jest długa, a presja na szybkie rezultaty zazwyczaj bardzo duża.

Problem polega na tym, że skuteczny fundraising rzadko działa w taki sposób. Jednym z jego podstawowych zasobów i jednocześnie jednym z największych kosztów, jest czas pracy ludzi. Fundraising wymaga wiedzy, doświadczenia i bardzo konkretnych kompetencji: strategicznego myślenia, rozumienia motywacji darczyńców, dobrej komunikacji i umiejętności budowania długofalowych relacji. A relacji nie da się zbudować między jednym projektem a drugim ani wtedy, kiedy fundraising jest tylko jednym z wielu zadań wpisanych do zakresu obowiązków.

Ta refleksja wróciła do mnie szczególnie mocno podczas CEE Fundraising Conference w Bratysławie, gdzie miałam okazję obserwować, jak działają zespoły z większym doświadczeniem fundraisingowym. W organizacjach, które skutecznie rozwijają przychody prywatne, fundraising rzadko jest odpowiedzialnością jednej osoby. Jeśli organizacja pracuje z biznesem, rozwija program darczyńców indywidualnych, prowadzi telefundraising czy zajmuje się dużymi darowiznami, za każdym z tych obszarów stoi dedykowana osoba. Z czasem skuteczne obszary rozwijają się w większe zespoły.

W Bratysławie spotkałam również osoby z innych polskich organizacji i jedna rozmowa szczególnie zapadła mi w pamięć. Organizacja, której stały zespół liczy około 20 osób, ma pięcioosobowy dział fundraisingu. Dla porównania: w organizacji, w której pracuję, przy osiemnastoosobowym zespole za fundraising odpowiada jedna osoba zatrudniona na 3/4 etatu. To porównanie dobrze pokazuje skalę wyzwania. Nie chodzi o to, żeby każda organizacja od razu budowała wieloosobowe działy, ale proporcje mają tu znaczenie. I od razu pojawia się uczciwe pytanie: czy możemy oczekiwać podobnych efektów, inwestując w ten obszar zupełnie inne zasoby?

Tym bardziej, że przed sektorem kultury stoi jeszcze jedno wyzwanie: nawet jeśli uznamy, że potrzebujemy fundraisingu, to kto właściwie ma tę zmianę przeprowadzić? Od lat mówimy o konieczności dywersyfikowania źródeł finansowania kultury, większego udziału środków prywatnych i budowania nowych modeli współpracy. Rzadziej rozmawiamy jednak o tym, że taka zmiana nie wydarzy się sama. Nie przeprowadzą jej procedury, strategie ani dokumenty. Przeprowadzą ją osoby posiadające odpowiednie kompetencje.

A tych osób wciąż brakuje. Sektor kultury mierzy się dziś nie tylko z deficytem fundraiserów, ale szerzej, z deficytem kadr menedżerskich przygotowanych do zarządzania zmianą, budowania modeli finansowych, rozwijania partnerstw i pracy z prywatnym zaangażowaniem społecznym.  Nie wystarczy powiedzieć, że kultura potrzebuje fundraiserów. Potrzebujemy też stworzyć warunki, w których takie osoby będą mogły się pojawiać, rozwijać i zostawać w sektorze. To jedna z większych sprzeczności, z którą mierzy się dziś sektor. Chcemy ludzi, którzy będą potrafili pozyskiwać znaczące środki, rozwijać relacje i wzmacniać stabilność organizacji, ale nie zawsze jesteśmy gotowi wcześniej zainwestować w stworzenie takich stanowisk.

Fundraising często pojawia się w organizacji jako odpowiedź na brak pieniędzy. Tymczasem sam fundraising potrzebuje inwestycji: w ludzi, ich czas, rozwój i narzędzia. I chyba coraz mniej mamy wątpliwości, że jest to inwestycja, która się zwraca, nie tylko w postaci pozyskanych środków, ale także silniejszych organizacji, szerszej sieci relacji i większej niezależności sektora kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *