Wywiad

Na styku biznesu i trzeciego sektora: Tajne Komplety. Czyli prawdziwa księgarnia, a nie sklep z książkami.

Tajne Komplety, Book Truck, Dolnosląskosc.pl i kilkanaście innych, unikalnych marek to przedsięwzięcia, za którymi stoi Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza. Z Grzegorzem Czekańskim rozmawiałam o realiach funkcjonowania na styku trzeciego sektora i działalności biznesowej oraz o tym, dlaczego tylko w taki sposób wszystkie te działania mogły dojść do skutku.

Sztuka Fundraisingu: Jak się pewnie domyślasz, chcę porozmawiać o pieniądzach. Pracując nad cyklem wywiadów, szukam odpowiedzi na pytanie: co jeśli nie granty? Właśnie dlatego zależało mi, żeby o Was napisać. Kiedy się Wam przyglądam, to mam takie przypuszczenie, że Wy chyba nigdy nie mieliście pomysłu, żeby swoją działalność opierać na środkach publicznych?

Grzegorz Czekański: Na starcie w ogóle nie myśleliśmy o naszej działalności w kategoriach pieniądza. Decydując się na przykład, żeby wziąć udział w przetargu w konkursie na księgarnię, nie mieliśmy nic. Po wygraniu konkursu mieliśmy trzy miesiące żeby zdobyć pieniądze, udało nam się po dwóch. To trochę obrazuje sposób naszego działania.

SF: Jaki mieliście wtedy staż, jako fundacja?

GC: Mieliśmy rok i były już oczywiście różne plany: portal literacki, konkursy, festiwal Pretexty. Ale Tajne Komplety pojawiły się bardzo nieoczekiwanie. Stanęliśmy wtedy przed decyzją, żeby nasze życie trochę temu projektowi podporządkować.

SF: Czyli to nie było wcale tak, że Karol Pęcherz i Grzegorz Czekański mieli od początku taki pomysł, że będą razem prowadzić księgarnię?

GC: Zupełnie nie. Wtedy był jeszcze z nami Jacek Bierut. W 2009 roku zamykaliśmy Kapitałkę, księgarnię, w której wtedy pracowałem. Nie mając jeszcze rejestru jako fundacja, złożyliśmy w Ossolineum pismo jako tworząca się organizacja, żeby ratować Kapitałkę, która miała długi. Po wygraniu przetargu na Tajne Komplety, Karolowi poprzez swoje kontakty udało się przekonać dyrektora Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, żeby w nas uwierzyli i przekazali nam środki, dzięki którym mogliśmy kupić wszystko, co było nam potrzebne na start: komputery, wyposażenie. Podpisaliśmy umowę wieloletniej współpracy, która obejmowała ten kluczowy dla nas kapitał, niezbędny na początkowe inwestycje. 

Ta umowa nie przetrwała próby czasu, sytuacja na uczelniach prywatnych zaczęła się pogarszać wkrótce później. Podpisaliśmy ją w ostatnim dobrym momencie.  Sam wziąłem wtedy kredyt w banku na życie. Zarabialismy po 500 zł miesięcznie. To by się zupełnie nie mogło udać obecnie, kiedy mamy rodziny, różne zobowiązania. Wtedy – była to grupa ludzi w specyficznej sytuacji, która się na to zdecydowała.

SF: Czy ktoś z Was miał przygotowanie biznesowe do prowadzenia takiej księgarni?

GC: Pracowałem wcześniej w księgarni i to było moje całe przygotowanie. Nie płaciłem rachunków, nie widziałem żadnych faktur, nie wiedziałem zupełnie, jak się to ogarnia. Można powiedzieć, że spisaliśmy zwykłą listę pt. “Co to jest księgarnia” – i co trzeba do niej kupić. I kupiliśmy. Okazało się, że to była niezła lista, nie było zbyt dużo pomyłek. Ale był to jednak żywioł. 

Przychodzili do nas studenci bibliotekoznawstwa, pytając jakimi kryteriami się kierowaliśmy, dobierając księgozbiór, planując szerokości półek. A to było tak naprawdę tak, że weszliśmy pierwszy raz do pustego pomieszczenia i powiedzieliśmy sobie: tutaj jest kasa, tu będą półki.To było bardzo intuicyjne. 

SF: Na tym początkowym etapie, umowa z DSW dawała Wam jakiś rodzaj ochrony?

GC: Ona tak naprawdę przestała działać już po pierwszym roku. Wciąż mamy w nazwie uczelnię jako partnera, ale plany były znacznie większe. Pomimo to mamy sympatię i szacunek, że ktoś w nas uwierzył. Umożliwienie nam zakupu tych wszystkich środków trwałych, było dla nas na starcie bezcenne. Po pierwszym roku może nie było bardzo kolorowo, ale była to już jakaś stabilizacja. Uzupełnialiśmy to projektami, które pozwalały nam zbilansować budżet. Udało nam się przy tym zachować nasz pomysł na to, czym powinna być ta księgarnia. I co bardzo ważne, mamy cały czas ze sobą dobre relacje. Trzon ekipy jest zachowany od kilkunastu lat, właściwie tylko jedna osoba odeszła. To też świadczy o tym, że wciąż się lubimy, wciąż jest na to przestrzeń.

SF: Czy kawiarnia była od początku waszym zamysłem, od kiedy zaczęliście tworzyć księgarnię?

GC: Tak, było to trochę powielenie tego, czym była Kapitałka, którą z kolei zakładali ludzie z Czułego Barbarzyńcy. Czułego nie ma od dawna, Kapitałki tak samo. My, gdybyśmy nie byli fundacją, czyli ngo-sem, też by się pewnie nie udało. Tak jak nie udał się Falanster, czy obecnie nie udaje się Nalanda (która może się wskrzesi?).

SF: Tajne Komplety to Wasz największy projekt. Ale oprócz tego jest dużo innych działań: festiwale, portal Dolnośląskość.pl , akcje takie jak “Spod tynku patrzy Breslau”, czy “Pamiętam że…”. Czy można już mówić o sytuacji, że Tajne się do tego dorzucają? Czy był kiedykolwiek taki plan, żeby zysk z Tajnych finansował któreś z tych realizacji?

GC: Nie jest to wciąż na tyle stabilna sytuacja. Jest nas zbyt dużo, nie jest to łatwe do utrzymania, ale z drugiej strony, dzięki temu możemy robić tyle rzeczy. Dopiero z czasem doszliśmy z Karolem do takiej sytuacji, że nie musimy na przykład być na miejscu, w grafiku. Dzięki temu możemy rozwijać inne projekty. Wracając do wątku finansowania, Tajne zawsze były centrum projektowym różnych inicjatyw. Pełnią funkcję miejsca, które je wszystkie skupia, w którym odbywają się wydarzenia, można się z kimś spotkać. Mamy rezerwę na czarną godzinę, ale wciąż nie mamy puli na realizację takich dodatkowych działań. Pandemia mocno zresztą te rezerwy nadkruszyła. Prowadziliśmy akcje z bonami, zbiórkami. Nadal nie wiemy, czy uda nam się wrócić do wcześniejszego pułapu. Kawiarnia jest w tej chwili połową tego, czym była przed pandemią. Pierwszy rok były to spadki rzędu nawet sześciokrotności obrotu z danego miesiąca. Im mniej ludzi w kawiarni, tym mniejsza sprzedaż książek. Miasto straciło swój akademicki charakter, co również się na nas odbiło.

SF: Prowadzicie wydawnictwo. Czy wydawaliście coś własnym sumptem, czy tylko w ramach programów wydawniczych?

GC: Tak, prowadzimy, chociaż teraz głównie wydajemy drobne rzeczy, akcydentalne, jak mapkę księgarń czy biuletyn Pafawagu. Czasami faktycznie przeznaczaliśmy trochę środków z Tajnych. Zwłaszcza w pierwszym okresie, teraz szczerze mówiąc nie wiem w jaki sposób to było możliwe. Wydaliśmy między innymi Karola Maliszewskiego, Elę Lipińską. Kilka książek w ten sposób opublikowaliśmy.

SF: Przez te wszystkie lata, wokół tak wielu projektów, zebrała się chyba całkiem spora społeczność. Zastanawiam się, czy to jest coś, co pozwoliło wam przetrwać ten kryzys.  W trakcie pandemii podjęliście wiele nowych działań: zaczęliście aktywnie komunikować sprzedaż wysyłkową, prowadziliście akcje książek – naliczyłam ich do tej pory 160. Była też zbiórka online i  Tajny Bon na trudne czasy. No i wreszcie Book Truck, czyli mobilna księgarnia. Trochę jakbyście przenieśli rozwiązania z gastronomii na rynek księgarski (śmiech). Ale czy faktycznie Was to ratowało? Czy na przykład wpływy ze sprzedaży wysyłkowej wzrosły na tyle, że to było odczuwalne?

GC: Nie było to w żadnym momencie wiodące, teraz nawet można mówić o regresie w tym obszarze. Na pewno znaczenie miały w tamtym momencie aukcje, książki Olgi Tokarczuk były licytowane nawet po 1000 zł. Aukcje nadal trwają, jest grupa zajawkowiczów, dzięki którym to cały czas żyje, choć w dużo mniejszej skali. No a Book Truck jest od lipca i nie miał wcale charakteru pandemicznego. Wymyśliliśmy go na długo przed pandemią.

SF: Ale czy nie okazał się idealnym rozwiązaniem właśnie wobec pandemii, dając Wam możliwość wybrania się w świat, w region, z Waszymi książkami? On ma dla Was wyłącznie cele edukacyjne, czy jednak także finansowe?

GC: Jak najbardziej może mieć cele finansowe, przykładem tego jest festiwal Góry Literatury. Trafiliśmy tam praktycznie dwa tygodnie po premierze Book Trucka i pierwszej akcji. Nie mogliśmy lepiej trafić, a przy okazji sprawdzić się w działaniu. Nie mieliśmy nawet jeszcze własnego podestu ani schodków, pożyczyliśmy z Capitolu stary, ciężki podest. No ale w wakacje nie było przecież pandemii, a przynajmniej ludzie jakby o niej zapomnieli. Ona wraca dopiero teraz w takim odczuwalnym sensie, a my właśnie kończymy sezon na ten rok. Book Truck był ostatnio zaparkowany na Świdnickiej, ale nie ma to dla nas dużego sensu. Jest to trudna lokalizacja, która przynosi nam straty finansowe. 

Rozumiem analogię, że to jest jakby trochę taki pojazd anty-pandemiczny i być może faktycznie wydaje się wpisywać w ten czas, ale nie był pomyślany jako taki i tak naprawdę był używany w okresie, kiedy pandemii się nie czuło. Wiodący jest jego projektowy charakter, czyli zwiększanie dostępu do książki. No i traktowaliśmy go jako pilotaż, zwłaszcza żeby zobaczyć, jak sprawdza się podczas wydarzeń. Docelowo chcemy w oparciu o Book Truck rozwijać archiwa domowe i społeczne, czyli działania wędrujące po regionie. Będzie to trzeba pogodzić z jego działalnością handlową. Przed nami też znalezienie dobrej lokalizacji we Wrocławiu. Na ulicy Świdnickiej jesteśmy jednak głównie miejscem, przy którym się robi zdjęcia, a nie kupuje książki.

SF: Ciekawe w kontekście Book Trucka jest też to, jak on powstawał. Pamiętam, że kilka lat temu konsultowaliście ze mną nawet jakiś Wasz wniosek do MKIDN, który nie przeszedł.

GC: Tak, kilka  razy nam nie przechodził (śmiech). 

SF: Finalnie uruchomiliście go dzięki prywatnej inwestycji. 

GC: Głównym mecenasem tego projektu są Maurycy i Alicja Prodeus, właściciele Fandomu. A zaczęło się od tego, że byli klientami naszej księgarni. Jest to więc kolejna sytuacja, w której bez Tajnych coś by się nie zadziało. Wątpię, czy udałoby nam się inaczej poznać tak szczególnych, niepozornych ludzi, którzy nagle coś nam umożliwiają. 

Mieliśmy też na przykład w trakcie pandemii wsparcie od firmy, która projektuje gry. Kiedy ruszyliśmy ze zbiórkami, przekazali nam darowiznę. I to znowu była sytuacja tego typu, że firma chciała wesprzeć jakieś małe, ciekawe biznesy w potrzebie, a pracował w niej nasz były praktykant. Więc po raz kolejny zazębia się wszystko o tę przestrzeń, generującą różne spotkania.

SF: A czy coś z tych działań wdrożonych w czasie pandemii zostanie z Wami na stałe? 

GC: Zostaną choćby aukcje, ale już jako działanie poboczne. Tym, co na pewno zostaje jest niestety poczucie niepewności, braku zabezpieczenia. Mimo wszystko uważam, że to dobrze, że nie bazowaliśmy i nie bazujemy w głównej mierze na dotacjach, tylko na działalności gospodarczej. Unikamy przez to podatności na różne wahania, choćby polityczne, czy sytuację w samorządach. Na próby cenzury. Ma to swoje plusy, ale też minusy oczywiście, takie jak konieczność żeby wszystko sobie samodzielnie załatwiać. Mamy mały zespół i od samego początku wszyscy pracujemy za dużo. Jest cały czas jakiś progres, ale marzę szczerze mówiąc o redukcji obowiązków. 

SF: Są różne ryzyka związane ze środkami publicznymi, z których nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak choćby to że nie zawsze łatwo jest je rozliczyć, a coraz częściej są one upolitycznione. Ale też przede wszystkim ich obsługa jest czasochłonna. Gdyby Wam się natomiast przyjrzeć pod kątem działań stricte fundraisingowych, to macie wdrożonych dużo narzędzi, ale wygląda to tak, jakbyście ich nie używali. Są zbiórki, jest kampania 1%, ale mam wrażenie że nie wykorzystujecie w pełni ich potencjału. 

GC: Tak, kampania 1% po raz pierwszy w tym roku naprawdę zadziałała i to w sumie czystym pozycjonowaniem w przeglądarce Google, w którym jesteśmy wpięci w program rozliczający PITy. Czyli właściwie odbyło się to bez jakichś naszych aktywnych promocyjnych działań.

SF: Odkryłam ten 1% na Waszej stronie ze zdziwieniem, ponieważ nie widziałam i nie słyszałam żadnych komunikatów na temat kampanii, pomimo że w samych social mediach macie kilkanaście różnych profili, które obserwuję Macie też konto na Patronite.pl, którego niemal nie promujecie. Czy to jest tak, że brakuje Wam na to po prostu czasu? Czy bierzecie na przykład pod uwagę podjęcie współpracy z fundraiserem? 

GC: Myślę, że w tym obszarze na pewno potrzebujemy pomocy. Sami cały czas jesteśmy w akcji, ciągle w coś zaangażowani. Nie ma u nas momentów zatrzymania, a wszystkie te narzędzia wymagają uwagi. Chętnie skorzystamy z sugestii pod tym kątem. 

SF: Jak myślisz, skąd to wynika, że wciąż jeszcze niewiele podmiotów kultury podejmuje współpracę z fundraiserami?

GC: Prawdopodobnie z niewiedzy, jak taka współpraca może wyglądać, jak się z niej rozliczać. Zastanawialiśmy się nad tym wielokrotnie, przed każdym większym przedsięwzięciem, a często też na skutek przemęczenia pisaniem wniosków o dotację, czy sprawozdań. Żeby zaangażować kogoś, kto się na tym zna. Jeśli masz kontakt do takiej osoby, lub możesz podpowiedzieć nam jak to się robi, chętnie skorzystamy. 

(Kontakt został przekazany). 

A jeśli chcecie wiedzieć więcej, o przedsięwzięciach, o których wspominaliśmy w czasie rozmowy, zajrzyjcie tutaj: 

Strona www Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza

Portal Dolnoslaskosc.pl

Strona www Tajnych Kompletów

Media Społecznościowe:

Tajne Komplety. Prawdziwa księgarnia, a nie sklep z książkami

Book Truck. Mobilna księgarnia Tajnych Kompletów

Spod tynku patrzy Breslau

Tajne koncerty

Tajne aukcje

Pamiętam powódź

Pamiętam przemysł

Wspominaliśmy również o: Fandom

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *