Wywiad

Czy publiczność to społeczność? Co wypada, a czego nie wypada instytucjom kultury w relacjach z odbiorcami?

Abyśmy mogli myśleć o fundraisingu jako o narzędziu rozwijania publiczności, muszą zachodzić określone warunki. Jakie to warunki? Czy takie myślenie w ogóle ma sens dla instytucji kultury? Jakim celom może służyć takie podejście? I czyje tak naprawdę są instytucje? O publiczności, która ma misję, opowiada Marek Sztark, animator kultury, autor koncepcji Nowej Kultury, współautor programów Dom Kultury + Inicjatywy Lokalne oraz Bardzo Młoda Kultura.

Sztuka Fundraisingu: Kiedy rozmawiam o fundraisingu, cały czas powraca pojęcie społeczności. Jeśli myślimy o finansowaniu społecznościowym czy angażowaniu lokalnego biznesu, to żeby to mogło działać, musi być już jakaś społeczność (a nie tylko: publiczność).  Z drugiej strony, kiedy zapraszamy naszą publiczność, odbiorców, uczestników do wspierania nas, to generuje społeczność – czyli można rozpatrywać to w dwóch kierunkach. No i właśnie, co to oznacza w praktyce, jeżeli naszą publiczność chcemy potraktować jako społeczność?

Marek Sztark: Publiczność jest anonimowa. O publiczności trzeba myśleć w taki sposób: siedzimy w ciemnej sali, patrzymy na ekran albo na scenę, a obok nas siedzą anonimowi ludzie, których nie znamy, z którymi  widzieliśmy się przez trzy minuty przy wejściu. Dzisiaj jeszcze bardziej anonimowo, niż kiedyś, ponieważ jesteśmy zasłonięci maskami. Często jesteśmy też “rozrzuceni” z powodu pandemii, co jeszcze bardziej nas anonimizuje. Wprawdzie bierzemy w czymś wspólnie udział, ale to kim ONI są nie ma żadnego znaczenia. Jesteśmy JA – i sztuka. JA – i działanie kulturalne, które przyszliśmy obserwować. Trochę inaczej wygląda to w bardziej intymnych relacjach, na przykład ze sztuką współczesną, kiedy przychodzimy w małym gronie albo sami do galerii. Jestem tylko JA – i dzieło – i tu już w ogóle nie ma społeczności. Społeczność w kontekście sztuk wizualnych, tworzy się przy wernisażach, tych rytuałach otwarcia i zamknięcia, kiedy się spotykamy i kiedy widzimy się nawzajem, rozmawiamy ze sobą. 

Społeczność jest wówczas, kiedy społeczność “się widzi”, kiedy coś nas łączy – ona może być jednocześnie publicznością, wtedy tym bardziej jest to efektowne. Najprostsza rzecz jaka może nas łączyć to przestrzeń, w której mieszkamy. Często aspektem, który integruje społeczność, jest wspólny cel. Jest działanie na rzecz wspólnego dobra lub jakiejś sprawy, która wszystkich interesuje. I ten właśnie przedmiot wspólnego zainteresowania może być sposobem na  integrowanie społeczności.

SF: W tym kontekście fundraising może być traktowany jako narzędzie rozwijania publiczności? Pojawia się cel?

MS: Kiedy rozmawiamy o publiczności, myślimy o kulturze. O relacjach grupy ludzi ze sztuką, z jakimś performansem, dziełem. Szczególnie z performansem, ponieważ indywidualni czytelnicy to nie jest publiczność. Relacja z książką jest własna i intymna. Możemy się – i biblioteki to robią – spotkać, czytelnicy jednej książki czy autora, porozmawiać ze sobą – i wtedy tworzymy społeczność. Natomiast raczej dotyczy to performatyki, wydarzeń które odbywają się w określonym czasie i miejscu. Nazywam to uczestnictwem z misją. Jeśli jako publiczność przyjdziemy nie tylko po to, żeby coś obejrzeć i osobiście się tym zachwycić i wyjść po oklaskach, tylko zależy nam na tym – miejscu, wydarzeniu, uczestnikach tego wydarzenia. Przychodzimy jako publiczność – bo jesteśmy w tym podziale na scenę i widownię po stronie widowni, może nie bierzemy udziału aktywnie, ale samo nasze pojawienie się jest wypełnianiem jakiejś misji. Taką misją może być protest, kiedy swoją obecnością manifestujemy ten sam pogląd. Ba! Nie będąc na scenie, tylko w tłumie wśród publiczności, możemy wspólnie reagować. Wznosić okrzyki, mieć transparenty, manifestować nasze poglądy. Taki sposób uczestnictwa jest najlepszym sposobem na tworzenie społeczności. Najczęściej jesteśmy przeciw, jesteśmy wbrew, jesteśmy anty. Chcemy kogoś do czegoś przekonać. Może być też tak, że spotykamy się żeby zrobić coś dobrego, bo nam na czymś zależy. Chcemy żeby coś: to miejsce, ta sprawa, nabrały znaczenia. Chcemy zwrócić na coś uwagę samą swoją obecnością: im więcej nas przyjdzie, im więcej nas zachwyci się tą sprawą, tym bardziej będzie to istotne. W zależności od tego jak to zaplanujemy jako animatorzy tych wydarzeń, to spotkanie się tej publiczności, która staje się społecznością, przekracza pewną masę krytyczną. I ta masa krytyczna jest przez nas, animatorów, ciągle rozważana. Jaka musi być frekwencja na  spotkaniu, żeby cel który zamierzamy zrealizować został osiągnięty? To jest umiejętność stawiania sobie celów i dopasowania tej masy krytycznej. Czasami wystarczy kilkanaście osób i to już będzie ważne. To zależy, jakie cele sobie postawimy.

SF: Czy warto  myśleć w taki sposób o swojej publiczności? I na co sobie możemy pozwolić w takim procesie, a na co nie? Często spotykam się z poglądem, że instytucji nie wypada zwracać się do swojej publiczności o nic więcej, niż tylko z zaproszeniem na wydarzenie. Organizacji pozarządowej być może wypada, ale instytucji to już nie (śmiech).

MS: Jest to kwestia naszego podejścia do pracy w instytucji kultury. Jeśli na co dzień pracujemy tak, żeby stworzyć warunki do uczestnictwa w kulturze naszej lokalnej społeczności, dla której jesteśmy powołani – naszego miasta, miasteczka, dzielnicy, wioski, to w pewnym momencie może nam już nie wystarczać, że robimy fajny program. Melomani dostaną odpowiednią ofertę muzyczną, wielbiciele teatru będa mieli okazję zobaczyć kilka spektakli, ale nic ponad to. Jeśli natomiast nałożymy na to coś więcej, to będziemy myśleć nie tylko o realizacji doraźnego celu, ale pewną wizją, misją którą mamy do spełnienia. Bardzo często zapominamy, jaka ona jest, czemu służy, albo jest sformułowana w sposób zbyt ogólny – wówczas zaczynamy się tym nudzić. I nudzi się nasza publiczność. 

Publiczność staje się społecznością na festiwalu. Festiwal jest metodą na to, żeby z anonimowej publiczności tworzyć społeczność ludzi, którzy się nawzajem na siebie patrzą, widzą się, poznają, dyskutują ze sobą, czują wspólnotę uczestnictwa, Spędzają razem czas, czekają, debatują. Nawet fakt, że biorą po raz kolejny udział w tym festiwalu, jest swojego rodzaju manifestacją. Właśnie dlatego organizuje się festiwale, są swoistym świętem, w czasie festiwalu zanika fizyczne tarcie, ludzie lekko unoszą się nad ziemią, są podekscytowani i chcą do tego stanu powrócić w kolejnych edycjach. Czują, że jest to jakaś magia. 

SF: Jest wolontariat, są kuluary… 

MS: To najłatwiej zrobić. Natomiast czy instytucja powinna przyjmować misję i ważne stanowiska w sprawach, które wszystkich dotykają? Uważam, że tak. Instytucja nie powinna być obojętna. Owszem, powinna często przyjmować rolę mediatora pomiędzy tymi, którzy mają różne poglądy – i nie mówię tu o sytuacjach o charakterze politycznym, które są najbardziej jaskrawe. Natomiast na pewno o sprawach, które są ważne lokalnie. Jeśli w naszym otoczeniu jest problem związany z tolerancją, akceptacją, zapewnieniem bezpieczeństwa jakiejś grupie osób lub z zaobserwowanym zjawiskiem jakiegoś tabu. Dla przykładu, jest w okolicy stary, zaniedbany cmentarz, który ktoś zaczął traktować jak wysypisko śmieci. To jest sprawa – można mieć stosunek do tego cmentarza, bo on nie nasz, bo jest obcy kulturowo, bo wynika z zagmatwanej historii i tak dalej. A z drugiej strony, mamy aspekty związane z szacunkiem do do śmierci, do człowieka, do miejsc pochówków, do historii, które są uniwersalne – i instytucja powinna się tym zająć. Jeżeli jest jakaś mniejszość narodowa, kulturowa, coś co ginie – powinna się tym zająć, zwrócić na to uwagę. A co za tym idzie, wszystkie swoje działania, również te na co dzień uprawiane aktywności kulturalne, typu muzyka dla melomanów, teatr dla teatromanów i tak dalej, powinna kierować w tę stronę, przy okazji załatwiając w ten sposób dwie sprawy. Wówczas uczestnictwo w kulturze nie będzie całkiem bezinteresowne, będzie uczestnictwem z misją. Zróbmy koncert obok cmentarza, o cmentarzu. Zróbmy spektakl poświęcony tej sprawie albo spektakl w tym miejscu, które jest dotknięte tabu. Wtedy wszyscy przyjdą, żeby zamanifestować swoje stanowisko – i staną się społecznością. 

Jeśli to będzie dla nich ważne, jeśli się okaże, że to uczestnictwo z misją ma sens, wówczas nie będzie problemu żeby oprócz wysiłku, który ponoszą oddając swój czas, żeby pojawić się na tym performansie, zrobili jeszcze jeden krok dalej, jak wzięcie udziału w zbiórce publicznej, opodatkowanie się na zrzutce, czy jakiś inny gest fundraisingowy. Nie u wszystkich oczywiście, ale u tych, którzy w trakcie tego uczestniczenia z misją uświadomią sobie, że mają potencjał, którym mogą się podzielić. Ten potencjał to nie tylko pieniądz: to może być czas, jakaś kompetencja, użyczenie jakiegoś zasobu materialnego, samochodu, urządzenia, nieruchomości, wiedzy czy prawa, bo to też są wartości fundraisingowe. Społeczność zaczyna wtedy otwierać swoje zasoby na rzecz celu, który my, animatorzy, wskazaliśmy. Dlatego że wzięli udział w czymś, o czym byli przekonani, że ich udział nie jest anonimowy, tylko jest właśnie udziałem z misją.

SF: Czyli kluczowe jest bycie w tej społeczności naprawdę?

MS: Autentyczność, przejrzystość, czystość intencji, jawność, to są podstawowe zasady. A przy tym dawanie prawa do stopniowania swojego uczestnictwa. Wśród tej publiczności, którą nazywamy publicznością z misją, będą tacy, co będą się zachowywać tak, jak zawsze, czyli po prostu kupią bilet i przyjdą. Będa zaświadczać tę misję swoją obecnością. Mogliby przyjść na szeregowy spektakl czy szeregowy koncert do domu kultury, do sali i być zupełnie anonimowi, ale tutaj przychodzą z misją. Trochę większy stopień zaangażowania jest taki, że ta społeczność się poszerza. Oni nie przyszli z sąsiedniej ulicy, tylko przyjechali z sąsiedniego miasteczka, bo się dowiedzieli. Oni już są publicznością z misją, która wykonała wysiłek, bo przyjechali z daleka, nasza sprawa ich tu przyciągnęła. Następny poziom jest taki, że otwierają swój zasób, kiedy słyszą że jest potrzebne coś, czym oni dysponują i zgłaszają się, że mogą to zapewnić. Przyjadą coś wykonać, czegoś nam użyczą. Może zaangażują się i wejdą w rolę współanimatora, kogoś kto chce być sprawczy. 

Tych poziomów zaangażowania jest bardzo dużo, natomiast ważne jest, że my niczego nie narzucamy. Jeżeli organizujemy tego typu działanie pokazując, że można to zrobić na dowolnym poziomie zaangażowania, każdy będzie bardzo cenny, nawet poprzez zwykłą obecność i zakupienie biletu. W projekcie Nowa Kultura, w którym pracowałem tą metodą, przechodzenie na wyższy stopień zaangażowania odbywało się od momentu przygotowań, do momentu reperkusji po wydarzeniu, w indywidualnych spotkaniach i rozmowach. Zwykle chodziło o aspekt działania site specific, czyli działania w nieoczywistym, oryginalnym miejscu. Prezentujemy sztukę w miejscu specyficznym, ale tak skomponowane jest to dzieło, że idealnie w tym miejscu pasuje i tylko w nim może to zagrać. Ale tak naprawdę nie chodziło zupełnie o ten utwór, tylko właśnie o miejsce. Miejsce, które wymagało interwencji. 

SF: Sztuka była  reflektorem?

MS: Reflektorem wskazującym na to miejsce, przyczyną dla której mogliśmy się tam spotkać. Gdybyśmy powiedzieli: przyjedźcie wszyscy do zrujnowanego zamku, bo ten zamek za chwilę nie będzie już do uratowania, nikt nie przyjedzie. Ale jeżeli napiszemy, że w tym zrujnowanym zamku odbędzie się koncert fortepianowy znanego pianisty, ludzie zaczną się zastanawiać: koncert? W tych gruzach, w tym śmietniku? Fortepian tam sprowadzili, no proszę! No to idziemy zobaczyć! Ale nie jest tak, że na miejscu wszyscy przyjeżdżają na osiemnastą, siadają na widowni i o dwudziestej wychodzą. My ich zabieramy na spacer, tłumaczymy o co chodzi z tym zamkiem, spotykamy z ludźmi, a nawet każemy iść do sąsiadów pożyczyć sobie krzesła, bo nie było na miejscu – dzięki czemu muszą osobiście nawiązać relacje z mieszkańcami, którzy są obok, a którzy też się zdziwili. Przecież to nie miał się zdziwić zamek – mieli się dziwić ludzie, którzy wokół tego zamku mieszkają całe życie i nie zrobili nic, żeby go uratować. I nagle przychodzi 200 osób i jest nim zainteresowane, w dodatku Ci ludzie pukają do drzwi i mówią: dzień dobry, pan Marek mówił, że można u Pani pożyczyć dwa krzesła. Dzieją się rzeczy niezwykłe. To są bardzo perfidne mechanizmy animacyjne, które są specjalnie stawiane jako swojego rodzaju bariery dostępu, które działają pozytywnie. Jest to okropna manipulacja (śmiech). Świadome stwarzanie sytuacji animacyjnych, które powodują relacje, powodują zmianę sposobu myślenia, zwracają na coś uwagę.

SF: Czy któreś z miejsc udało się w ten sposób uratować?

MS: Zawsze było to naszym celem. Przełamać tabu. Jeśli raz uda się posprzątać śmietnisko, pod którym jest stary zamek, to stworzy się sytuację precedensu, która pozwala argumentować, że można posprzątać znowu i już nie trzeba tam śmiecić. Że można posprzątać jeszcze mocniej. Że można zrobić więcej w tej spawie. Że jak już raz ta publiczność przyjechała, to argument że nikogo to nie interesuje jest nieprawdziwy. Interesuje, bo przecież przyjechało wtedy 200 osób. Jest to przełamywanie pewnych schematów myślenia, stereotypów, że się nie da. Przełamywanie barier mentalnych i tworzenie okazji do tego, żeby o miejscu zaczęto pisać i debatować, bo ten fakt staje się faktem medialnym, publicznym. Relacja o tym, przekazywana z ust do ust, opisywana i komentowana, staje się faktem niemalże historycznym. W niektórych miejscach mówi się nawet: liczymy tu historię do momentu, w którym przywiózł pan operę i od momentu, kiedy ta opera zagrała. Teraz wszystko jest już inaczej, założyliśmy stowarzyszenie, organizujemy działania…

SF: Uruchamiasz pewną sprawczość. 

MS: Uruchamiają się mechanizmy wręcz trudne do przewidzenia. Kluczowy jest dobór, czyli znowu: cel musi być powiązany z masą krytyczną. W te miejsca, w których działaliśmy za pomocą metody Nowej Kultury musiało przyjechać sto, dwieście osób, wobec których nie można było dłużej udawać, że nie ma tematu. 

SF: Nie jest to jedyna nowa metoda, z którą jesteś związany. Jesteś współtwórcą dwóch programów, które również wprowadzają niestandardowe sposoby myślenia do pracy instytucji kultury, czyli  Dom Kultury + Inicjatywy Lokalne oraz Bardzo Młoda Kultura. Są to sytuacje, w których instytucja nie tyle pozyskuje środki na działania, co sama staje się grantodawcą , uruchamia pewne pieniądze, które mają rezonować w lokalnej społeczności.

MS: Chodzi tu o filozofię instytucji kultury, która nie jest “nasza”, która leży u podstaw tych programów. A wzięła się stąd, że instytucja kultury ma specyficzny stan prawny. Jest osobą prawną na mocy uchwały samorządu bądź organu państwowego o jej powstaniu i zapisaniu jej do rejestru instytucji. A przecież osobowość prawną mają podmioty, które rejestrują się w sądzie i w związku z tym one same w sobie jako osoby prawne stają się pewną wartością, majątkiem który ma właściciela – jak w przypadku spółek. Wspólnicy kupili udziały w spółce, same udziały w spółce są wartością. Nawet jeśli jest warta złotówkę, a każdy dał po groszu, to ma ona wtedy stu właścicieli. A jak jest w takim razie z instytucją kultury? Czyja jest instytucja kultury?

Często jest tak, że dyrektor instytucji czując, że zarządza tym majątkiem, uważa że jest ona sama dla siebie własnością. Instytucja jest własnością instytucji… Instytucja składa się z budynku, mebli, sprzętu, fortepianu, wyposażenia technicznego. Jeżeli ktokolwiek chce korzystać z tego majątku, a nie jest pracownikiem instytucji, musi za to zapłacić. Własnością instytucji jest również budżet, dotacja którą ta instytucja otrzymuje od organizatora. 

Tyle, że to nie jest prawda! Właścicielem instytucji jest samorząd, a samorząd to MY. My, czyli pani Kowalska, która mieszka w komunalnym mieszkaniu czy willi obok domu kultury i jest współwłaścicielką tej instytucji. I ma prawo nie tylko słuchać tego fortepianu, ale jeśli ma umiejętności, to ma prawo również na nim grać. I ten budżet, to krzesło które tam jest, jest współwłasnością tej pani, jej dzieci i innych sąsiadów. W związku z tym dotacja, którą otrzymuje instytucja też jest współwłasnością, a pracownicy instytucji tylko administrują tym majątkiem. I my, jako mieszkańcy, mamy prawo zażądać, żeby część tego budżetu była przeznaczona na inicjatywy, które sami wymyślimy. Nie jesteśmy tam zatrudnieni, ale jesteśmy uczestnikami kultury i to dla nas została ona powołana. Może będziemy tam chcieli zagrać koncert na grzebieniu, bo kochamy grać na grzebieniach, ćwiczymy całymi nocami i chcemy to pokazać (śmiech). Niestety codzienna praktyka większości instytucji polega na tym, żeby do tej gry na grzebieniach nie dopuścić. 

Dom Kultury + Inicjatywy Lokalne jest programem Narodowego Centrum Kultury, który uczy instytucje,  jak otwierać swoje zasoby dla społeczności, dla której pracuje. Program składa się z części diagnostycznej, a potem redystrybucji środków na projekty społeczne, które wykonują nasi odbiorcy. I nie chodzi tu o wysokość tych środków tylko fakt, że mieszkańcy, współwłaściciele naszego domu kultury, zaczynają go z nami kreować.

SF: A czy dużo domów kultury decyduje się kontynuować takie działanie po zakończeniu programu?

MS: Nie jest to duża skala, bo jest to duży kłopot (śmiech). Sam program grantowy nie ma przecież dużej wartości finansowej, bo na oba etapy jest 30 tys. złotych łącznie, To żaden biznes, tutaj chodzi o zmianę filozofii działania, o to czy potrafimy pracować z naszą publicznością. Z  osobami, które nie do końca znamy, bo były do tej pory anonimowe. Siedziały w ciemnej sali i patrzyły na scenę, a nagle chcą stawać po drugiej stronie i na tej scenie grać.

SF: Niewielkie pieniądze powodujące wielkie zmiany. 

MZ: Oczywiście, że tak! To uczy partycypacyjnego zarządzania instytucją. Dużo trudniej byłoby stworzyć partycypacyjnie zarządzaną instytucję artystyczną. Instytucja artystyczna: filharmonia, teatr, opera, wymaga wybitnych kompetencji. I owszem, może mieć pewien paradygmat partycypacyjny w kwestii dyskusji o repertuarze, dyskusji o problemach, edukacji kulturalnej, prawa do obserwacji procesu twórczego. To jest genialne! To jest potrzebne! Ludzie chcieliby mieć możliwość wejścia na próbę. Są filharmonie, które mówią: tak! Próby są otwarte dla publiczności! Proszę bardzo, jest regulamin, trzeba być cicho, można tylko obserwować w skupieniu, ale – dopuszczają taką możliwość. To jest coś niezwykłego, przepiękna forma edukacji kulturalnej, zwłaszcza kiedy jest skomentowana, kiedy się jeszcze porozmawia o tym, co się dzieje na scenie. Instytucje artystyczne mogą wprowadzać  paradygmat partycypacyjny, ale zupełnie inaczej. 

SF: Płynie z tego wniosek, że niezależnie od charakteru instytucji, zawsze można znaleźć jakiś sposób na ten “krok dalej” z naszą publicznością. 

MS: Tak i powinniśmy, my – animatorzy, mobilizować członków społeczności, mieszkańców do tego, żeby walczyli o swoje prawa, prawa do współudziału w zarządzaniu instytucjami. Samorządowe instytucje kultury są własnością samorządu. A samorząd to my, mieszkańcy. 

JEŻELI ZAINTERESOWAŁY CIĘ PROGRAMY, O KTÓRYCH ROZMAWIALIŚMY, KONIECZNIE ZAJRZYJ TUTAJ: 

Dom Kultury + Inicjatywy Lokalne

Bardzo Młoda Kultura

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *